Wieczorem tak dobrze mi się zasnęło. Byłem spokojniejszy, wewnętrznie szczęśliwy i rozmarzony. Przeczytałem kilka stron „Vikinga” ale myślami byłem tu, bliżej, na rzece…
Podobnie jak wszyscy koledzy lubelska brać kajakowa także rozpoczęła sezon. W zamyśle pływanie zimowe nieoczekiwanie stało się wiosennym, takim prawdziwym jakie bywały dawniej na doskonale znanym odcinku rzeki Wieprz, Łęczna – Kijany. Leniwie zebraliśmy się z Szymkiem o 9 w ostatnią niedzielę lutego. Szlaków wędrówki wodnej było kilka, do wyboru rodzima Bystrzyca lub Wieprz. Kilka dni wcześniej sprawdziłem naocznie stan wody i urok brzegu Kijan, nalegałem więc za Wieprzem. Zanim załadowałem swój kajak Szymek nie mogąc się doczekać zjechał na most – poziom rzeki wyraźnie się podniósł. Oblodzone brzegi po których jeszcze kilka dni temu spacerowałem dziś były zalane wartkim nurtem ciemnej wody. Piękne słoneczko, płynąca rzeka, zapowiada się wyśmienity spływ, czego chcieć więcej niż takiej mszy.
Na wodę schodzimy około 11 tuż przy stadionie Górnika. W międzyczasie dołącza do nas dwóch kolegów płynących na górskich jedynkach. Woda wije się miedzy wysokimi brzegami, to z lewej to z prawej strony oblewając wszystkie dotychczasowe przeszkody, pnie, zwalone drzewa, gałęzie. Chlupocze czasem o zmarznięte brzegi sięgające lodem jak wątłe pomosty w środek nurtu.
Śnieżne płaty na brzegach już ustępują pod promieniami słońca, tylko zacienione nawisy jeszcze udają srogą zimę. Wciąż przypominają grubą warstwą nieodległe dni. Jest cicho, bardzo cicho w chwilach gdy wszyscy odkładają wiosła, nie mówią nic, poddają kajak wodzie. Gdy wiosenna aura odsłania szarozielone łąki schodzące wprost do rzeki. Nagle kaczki zrywają się do lotu i lądują trochę dalej ślizgając się po powierzchni przerywając takie chwile medytacji.
Docieramy do Nowogrodu dosyć szybko. Ze wzgórza rozpościera się w tej wiosce widok na Wieprz. Jemy kanapki i słuchając opowieści snujemy plany ale jest i czas na zabawę. Miejscowa górka to wymarzone miejsce do zjazdów okolicznych dzieci. Wszędzie leża worki wypełnione słomą. Nie możemy sobie odmówić takiej frajdy. Mateusz taszczy na szczyt Topolino, śnieg więzi po kolana. Zjazd super, kontra, wyskok na garbie i chłopak wypadł z kajaka. Zapomniane kurtki dziecięce leża niewinnie na stoku nie zdając sobie sprawy z tego, że były zarzewiem awantur. Ile to razy samemu się bez czegoś wróciło do domu gdy zabawa pochłaniała niczym woda.
Dopływamy do Kijan. Tak, po lodzie po którym chodziłem śladu nie ma. Trzeba się wbić w zaśnieżoną skarpę. Otwieram włości i rozpalam pod kozą, herbata i powoli żeliwo zaczyna wypełniać pusty dom ciepłem. To był ładny dzień i jeszcze ładniejszy spływ. Wracamy do Lublina i niedługo po tym tak dobrze mi się zasypia.

















