Monthly Archive for marca 2008

Białe Czerwone Białe

Wszystkie zajścia za nasz wschodnią granicą dziwnie zeszły się z zamiarami naszej grupy. Do tego stopnia, że mama patrząc w telewizor i widząc pałujących służbistów z KGB, kiwa na mnie znacząco głową. Do tej pory to do mnie nie docierało, wie się o łamaniu praw człowieka, jest się temu przeciwnym, tylko Wiadomości, telewizja, robią sobie z tego papkę, przyozdobioną niusem o śwince szukającej trufli, że łykam to bez mrugnięcia okiem. A już całkowicie wyzbyłem się niesmaku i to codzienne show nadawane o 19 30 dzieje się gdzieś tam, za siódmą rzeką. To straszne ale łapię się na tym.

Stało się już naszą lokalną tradycją, że świąteczne majowe dni i orbitujące je pracownicze, zamienione na urlopowe, spędzamy u naszych słowiańskich sąsiadów. 2008 to trzeci rok wyjazdów tego typu. W pierwszym nie mogłem brać udziału ze względu na obowiązki w szkole. Żałuję, bo ten pierwszy spływ był bardzo kameralny. Jednak drugi spływ na Ukrainie to był mój szczyt i obrałem sobie za punkt honoru popływać po Wołyniu. Nie tylko ja, ale też 20 innych osób. Tłoczno się zrobiło i mimowolnie podzieliliśmy się na małe grupki, palące swoje ogniska, śpiące w różnych miejscach. Atmosfera zgody przez nie wchodzenie sobie w drogę. Nie podoba mi się taki układ, który jest jednak nieunikniony na spływie trwającym dłużej niż jeden dzień. Muszę mu z żalem przyklasnąć. Jest to bowiem jedyny sposób, by pobyć, pośpiewać, wypić kieliszek z ludźmi, którym to odpowiada. Stworzyć grono osób rozmawiających otwarcie, przy jednym wspólnym ogniu, na jeden temat. Gdzie każdy może powiedzieć co myśli, coś zanucić i wie, że czyjaś rozmowa nie zagłuszy piosenki. Lubię kameralne spływy, na których płynę sam w kajaku.
Odebrałem już paszport. Trwało to od złożenia wniosku do odbioru, wliczając święta, dwa tygodnie. Ale i w kolejkach nie stałem, zarówno przy pierwszej jak i drugiej wizycie. Człowiek tylko łamaną polszczyzną ustawił mnie do zdjęcia upominając, bym tylko nie mrugał. Zdjęcie zrobił średniej klasy cyfrówką, ustawioną na solidnym statywie, co dodało jej i jemu profesjonalizmu. Po minucie nadrukował mnie w ośmiu egzemplarzach. Dobroczyńca.
Nie biegałem po mieście za tańszym specem, który zrobiłby to tą samą techniką, ten był pod nosem.
Jestem szczęśliwy. Miła pani we wnioskoskładajnym pokoiku mogła wybrać sobie mnie z ośmiu identycznych zdjęć. Wzięła dwa. Oczekując na zaproszenie, przyciąłem jeszcze jedno do formatu 3×4. Muszę je oddać. A ciągle mam jeszcze pięć! Ale zaraz, akapit o pałowaniu nie był bezzasadny, podobnie i tradycyjnym pływaniu.
Prypeć Ukraińska spłynięta, przynajmniej ta górna. Wyprawa na białoruską jej część opisana już w Wiośle. Ambitni, też chcemy być znów gdzieś pierwsi, a przy tym zorganizowani. Dlatego tym razem Słucz (ta po lewej, znaczy na Białorusi, bo Słucz, ta po prawej, ukraińska, to ona już spłynięta) i Stwiga, no i jako drudzy Prypeć. Plan iście piękny, sam sobie zazdroszczę ale oglądając telewizję doszedłem do wniosku, że nie możliwa jest prowokacja. Że jedziemy w gości i nikt nie chce by nas wyproszono, apeluję więc o odpolitycznienie III Spływu Rzekami II RP. Pomyślałem, i to całkiem poważnie, że koszula moro i takież same spodnie, mogą wzbudzić obawy o szpiegowskie zamiary pod pozorem uprawiania niewinnej turystyki. Ja wiem jak to brzmi, ale ten kraj jest dość dziwny przy całym swym pięknie. Widząc KGBowców pałujących ludzi martwię się, by nikomu z nas nie odmówiono wjazdu…

W co włożyć, by nie umoczyć.

    Zasypany śniegiem boleję nad zbyt pochopnym zdaniem, że popioły Marzanny rozmyła woda Bystrzycy. Wyczłapała widocznie nadpalona na brzeg i straszy, począwszy od wiecznie zaskoczonych drogowców, po rozśpiewane kosy. Myślałby kto, że poniedziałek wielkanocny przyniesie takie ochłodzenie. Pytałem babci, mówi, że nie pamięta, że i do sadzawki już potrafili wrzucić.
Odnośnie zamoczeń dziś przyszła do mnie paczka. Zamówienie jeszcze przedświąteczne, z wiadomych powodów odroczone, co wzmagało moje emocje oczekiwań.
Od jakiegoś już czasu pożyczany hobok nie spełniał moich wymagań. 20 – 25 litrowa beczka, z małym otworem wieka, spłaszczona by mogła wejść w dziób, pomieści tylko ubrania i aparat. Namiot i śpiwór ciągle były narażone na zamoczenie. Szpitalny worek był raczej moim uspokojeniem sumienia niż realną ochroną. Wszystko i tak poszło by pod wodę. Dziś sprawdziłem, taka beczka w ogrodniczym kosztuje 49 z groszami. Ma ona swoje dobre strony, ale nie wystarczające by przesądzić sprawę o korzystaniu tylko z niej. Do rzeczy.
Kupiłem więc worki wodoodporne, potocznie zwane marynarskimi. Wykonane są, jak podaje producent, z materiału powlekanego z obu stron PCV. Moje ekologiczne zboczenie schowałem na chwilę w kieszeń i dałem dojść do głosu zdrowemu rozsądkowi. Wszystko dlatego, że i cena była bardzo przystępna. 32,50 za 40 litrów. Wyjmując zakup już pomyślałem, że wybrałem niezbyt fortunnie. Mogłem wziąć 40+20, zamiast dwóch 40 litrowych. Bowiem worki są bardzo duże, bez problemu zmieścił się śpiwór (-5 st.) zostawiając miejsce na długie spodnie lub sweter. Dodatkowym atutem jest szelka pozwalająca nosić worek na ramieniu.
Zwinięcie cztery razy i spięcie klamrą całkowicie zatrzymało powietrze w środku. Jednym słowem zakup mnie zadowolił i połechtał ambicje do praktyczność. Producent oznajmia przy tym wszem i wobec, że worek jest drugiego sortu, bo może charakteryzować się mało estetycznym zgrzewem. Ja na to – nie jest aż tak źle. Ciemny worek prezentuje się znacznie gorzej niż jasny. Faktycznie, zgrzew jest widoczny, ale równy. Właściwie nie wiem czy przy zgrzewie można tego uniknąć, ale jak mówię, nie mam doświadczeń z workami.
Powiem, bo warto, odwołując się do wiedzy koleżanek i kolegów czyjej firmy są worki, Wy zdecydujecie. Worki sprzedaje na allegro człowiek ukrywający się pod nazwą „brossbike”.
Ja kupiłem te wybrakowane licząc, że zachowując pieniądz na wyprawę, upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Nawet jeśli coś się pomoczy, to jak tegoroczna Marzanna i panienki z babcinych wspomnień, wypłynie na brzeg ;).

O ludziach, a w zamyśle o planach.

    Mam czas do 21 kwietnia i kilka osób umówionych na pływanie po Wieprzu. Nic dokładnie zorganizowanego, po prostu kilka godzin płynięcia pod prąd w stronę Łęcznej i powrót tego samego dnia. Żadnych kosztów, zmartwień, atmosfera raczej jak ze szkółki niż ze spływu. Ludzie zawodni i skończy się na towarzystwie dziewczęcia, strachu i ciszy rzeki i ptaków. I ogniska może nie być jeśli kamienny krąg nie zbeszcześci trawnika swym zaistnieniem. Ale umówienie jest… bo kajak, bo to takie z telewizji, takie niecodzienne, bo przecież i Wojtyła, „ekstremalizm” ale dostępny każdemu, nawet jeśli się nie pływa. Zawsze można powiedzieć „i ja mogę to robić”, a w domyśle „tylko po co?”. Jednak nie każdy jest w stanie wyobrazić sobie noc pod namiotem. Dlatego spływy organizowane w moim mieście są na niedzielne popołudnie. Czy to jest popularyzacja kajakarstwa? Prędzej pokazanie ludziom, że ich rzeka jest brudna. Że pięknem Bystrzycy chwieją zatopione opony, worki foliowe powiewające na olchach i kaczki chowające się w szuwarach i plastikowych butelkach. Czyn społeczny to sprawa dobra i powinno się do niej wrócić. Schylić się po śmieć byłoby trudniej niż pośpiesznie obok niego przepłynąć udając jak jest pięknie.

Noc w namiocie, i pada, i nie jedna taka noc, i kamień, korzeń, i namiot mokry, spływ nie jest dla każdego. I człowiekowi, któremu przyroda jest bliska potrafi dać w kość. Można się przyzwyczaić, tylko ktoś powie „po co?”, mogę to robić ale są rzeczy ciekawsze i świat oferuje mi doznania, które w pełni zaspokajają moje potrzeby. Potrzeby, które wykreował mi ten świat. I niedzielny spływ jest biznesem, handlem, wypełnieniem niszy.

Znam ludzi, staram się być jednym z nich, dla których spływ jest mszą świętą, misterium chwalącym przyrode.

Powoli wiosna przełamuje monopol zimy na niepogodę.

W 2007 r. zimy nie było, przyszła na kilka dni w styczniu 2008 i w lutym, na jeszcze krócej. Powoli zacząłem wchodzić w sezon. W marcu kupiłem wiosła w Zemborzycach w firmie K. po 125 zł za sztukę. Dostałem upust powołując się na W i Sz. Zapłaciłbym wiecej, ale akurat własciciel firmy nie miał wydac. Wietrzny był dzień ale ładny i pozwalał snuć wyobrażenia o wiosłowaniu. Przymierzyłem się do ruchów, które sa mi tak bliskie, a wyczekiwane każdej zimy. Odwiozłem tego samego dnia zakup nad Wieprz i postawiłem w kącie. Dołożyłem stare wiosło, które znalazł K i cieszyłem oczy.

Co własciwie dla mnie znaczy wchodzic w sezon. Nim jeszcze pojde na pierwsze klubowe zebranie, nim dostanę do rąk kalendarz imprez i dowiem się o planach innych, sam czytam. Wiosło, przewodniki, gazety z regionu, szukając informacji znad Wieprza, niezbyt często aktualizowane strony tematyczne o rzece. Wyciagam z szuflady wytarta już listę przedmiotów i rzeczy, które zabiorę ze sobą. Co roku uaktualniana, stała się dzieckiem doświadczeń, zbieranina słów wykreślonych, bo przedmioty je oznaczające stały się zbędne, nigdy nie użyte, zawadzające, ciężkie i męczące swą obecnośćią i zmuszające do ciągłego przekładania. Czuję złość wracając do domu i wyjmując z hoboka ubranie, ułożone w kostke z adnotacja „czyste”. Pół biedy, gdy jedzie ono w samochodzie, to gorsze pół, gdy płynie w kajaku. A w naszych warunkach przeciez i ja sam nie mogę płynąc. Wszystko się kumuluje i problemy towarzysza zwielokrotniaja się przez mój zbedny bagarz i moje problemy przez jego ekwipunek, który powinien zostać w domu. Dlatego najbardziej lubie sam. Sam nie musze do nikogo nic mowic, patrzec osiem godzin w czyjes plecy i myslec, czy on widzi kątem oka ruch mojego wiosla. Sam to sam, albo już niech lepiej nie wiosłuje. Najlepiej spi i będzie lekkim. Mam zły charakter w kajaku i zdaje sobie z tego sprawę. Każdy ma swoje złe strony.

Lubie się przygotować na własną rękę, mieć swoją książkę, własną mapę, którą robię na długo przed wyjazdem, tuż po ustaleniu na zebraniu trasy. Internet i komputer stają się w tym bardzo pomocne. Mapę można ściągnąć bezpłatnie właściwie każdego kawałka ziemi, trzeba tylko poszukać. Lubię mieć na wydruku rzekę i pobliskie miasteczka, lubię ją sklejać, składać, poprawiać za Google Earth i z przewodnikiem analizować czas, który warto przeznaczyć na obiegniecie miasteczka. Lubię wiedzieć gdzie jadę.




kajak.org.pl - strona wszystkich kajakarzy