Daily Archive for 18 maja 2008

Polesie, dzien drugi.

27.04.08

Jechaliśmy do 16 godziny samochodem do przygranicznej wsi Dzierżyńsk nad Stwigą. Okazało się, że potrzebujemy przewodnika, który poprowadzi nas nad rzekę. Pomógł miejscowy chłop, który wraz z synem pokazał nam drogę, jadąc przed nami traktorem. Wcześniejsze oczekiwanie urozmaiciła rozmowa z leśnikiem i tutejszymi. Lżejsza część grupy wspięła się na starą, drewnianą wieżę widokową.

Dawniej w Dzierżyńsku była strażnica i żołnierz pilnujący drogi prowadzącej nad rzekę, z tego względu, że jest to obszar przygraniczny. Obecnie nie ma tam już nikogo, a zieloną granicę przekroczyć można bez problemu. Nikt jej nie pilnuje, nikt nie stoi z karabinem, mówiąc stanowcze „nie”.

pusty-027-kopia.jpg

Ciagnik był najlepszym wyborem, bo droga była piaszczysta, z głębokimi koleinami, miejscami kałuże, kazały Robertowi objeżdżać trakt lasem.

Początkowo widok nie roztaczał przed nami wody takiej, jakiej się wszyscy spodziewali. Sosnowy lasek ze śladami po czerpaniu żywicy z wyszarpanymi szczapkami, nie pozwalał sięgnąć wzrokiem dalej niż do kilku pierwszych drzew zanurzonych w stojącej wodzie. Stwiga wylał, nie wiedzieliśmy jeszcze tylko jak.

Płynąłem pierwszy, chciałem jak najwięcej zobaczyć nim inni zburzą harmonie wody, pięknej, nietkniętej przez cywilizację rzeki. I tym pięknem obdarowywałem innych, by znów upłynąć samotnie kilkanaście metrów, by znaleźć się w miejscu podobnie wspaniałym, ale całkowicie innym już.
Na Stwidze
Rzeka zachwyciła, po twarzach widziałem, że nie tylko mnie. Rozlewiskiem dosięgała sędziwych dębów i wzniosłych, rozłożystych sosen, tak iż otoczone wodą tworzyły majestatyczny las nie dający się z niczym porównać. Złota zieleń młodych listków dębiny ponad nami i pod mami, odbijana w wodzie barwy ciemnego piwa, sprawiała wrażenie łaki z sadem owocowym, między drzewami którego płynęliśmy. Coś w tym było z majestatu, coś pierwotnego wywoływało uczucie szczęścia, zlania się z rzeką, przyrodą, kajakiem, który z powagą w obliczu piękna sunął między drzewami.

Chylące się dęby

Drogę wybieraliśmy łatwo, powolny nurt znać było w ruchu, ułożeniu traw wodnych, instynkcie kajakarza. Niemniej silne meandry i rozlewiska zmyliły mnie dwukrotnie. Wpłynąłem na większe połacie wody, zawróciłem, by szukać innej drogi. Czasem była niepozorna, klucząca między łąkami traw sterczącymi ponad lustrem wody, a czasem między krzewami łoziny. Tak jak było to przy moście, który z daleka zapowiadał przenoskę bo wysoka woda równała się z przęsłami. Szymon z Marysią dobili do lewej strony, wysiedli z zamiarem przenoszenia kajaka. Ja wytyczyłem drogę przez rozlewisko, którą popłynęli pozostali.

Rzeka zmieniła swe oblicze płynąc już wyraźnie jednym nurtem, tworząc z rzadka i opływając małe wysepki. Częstym widokiem były stare barcie umieszczane na rozłożystych gałęziach dębów. Po lewej mijamy stalową wieżę widokową, o której mówił nam leśnik. Wygląda na solidną ale brak jej dachu i na myśl przywołuje raczej wielki słup energetyczny, niż bezpieczne miejsce.

Płyniemy już na przodzie tylko ja, Basia z Anką i Szymon z Marysią – Czsiek nauczył, że płynąc na początku można zobaczyć więcej. Podziwiajac dąbrowę, miarowy zachód słońca i refleksy jego na wodzie jemy ciastka z Solidarności. Smakowały wybornie.

Obozowisko wybrały dziewczyny, moje pierwsze kroki bosej stopy pokazały, że cypel jest podmokły, lecz już kawałek dalej było wspaniałe miejsce na nocleg. Suche, dostatenie w paliwo na ognisko, z naturalnymi ławeczkami tworzonymi przez powalone drzewo. W tym miejscu spędziliśmy naszą drugą noc, zmęczony podróżą położyłem się wcześnie, bo tuż przed 10.

Niebywałe Polesie. Dzień pierwszy

26.04.08 Horodyszcze k/Pińska

Sobota. Święta Wielkanocne.
Wieś Horodyszcze nad jeziorem w bazie kajakowej, choć nie wiem gdzie tam można było popływać kajakiem. Tu spedzilismy pierwszą noc po podróży. Przywitać przyjechał nas prezes tamtejszego klubu kajakowego, rosły chłop, zdawało się, że wyczynowiec. Rozmawialiśmy o naszej trasie, pokazywaliśmy mapy, zabrane przewodniki.

Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze sklep, by kupić podstawowe produkty, poznać trochę klimat białoruskiej wioski, miejscowych, obyczaje, kulturę podsklepowych staczny. Nie różnią się oni od naszych, mniej są jednak bitni, spokojniejsi, patrzący inaczej na obcych, nawet obcokrajowców, niż ci nasi, zadziorni wzrokiem i słowem.

Późnym wieczorem do naszego ogniska przyłączyła się grupka młodych chłopaków, sympatycznych i ciekawych nas. Dziewczyny, z którymi przyszli były płochliwe, małorozmowne, stojące trochę z boku. Wszyscy ubrani schludnie, jakby specjalnie na tą okazję.

Jeden mówił trochę po angielsku, moim łamanym angielskim i takiż samym rosyjskim pytałem go o sytuacje na Białorusi. Wyczułem niepewność i lekka niewiedzę, byli zadowoleni z sytuacji. Jak mówili, ich rodzice także. Nie ciągnąłem już tego tematu dalej. Poszli od nas wcześnie, pili mało. Robiłem zdjęcia, obiecałem wysłać na meila, który podał mi zapoznany chłopaczek.




kajak.org.pl - strona wszystkich kajakarzy