Polesie, dzien drugi.

27.04.08

Jechaliśmy do 16 godziny samochodem do przygranicznej wsi Dzierżyńsk nad Stwigą. Okazało się, że potrzebujemy przewodnika, który poprowadzi nas nad rzekę. Pomógł miejscowy chłop, który wraz z synem pokazał nam drogę, jadąc przed nami traktorem. Wcześniejsze oczekiwanie urozmaiciła rozmowa z leśnikiem i tutejszymi. Lżejsza część grupy wspięła się na starą, drewnianą wieżę widokową.

Dawniej w Dzierżyńsku była strażnica i żołnierz pilnujący drogi prowadzącej nad rzekę, z tego względu, że jest to obszar przygraniczny. Obecnie nie ma tam już nikogo, a zieloną granicę przekroczyć można bez problemu. Nikt jej nie pilnuje, nikt nie stoi z karabinem, mówiąc stanowcze „nie”.

pusty-027-kopia.jpg

Ciagnik był najlepszym wyborem, bo droga była piaszczysta, z głębokimi koleinami, miejscami kałuże, kazały Robertowi objeżdżać trakt lasem.

Początkowo widok nie roztaczał przed nami wody takiej, jakiej się wszyscy spodziewali. Sosnowy lasek ze śladami po czerpaniu żywicy z wyszarpanymi szczapkami, nie pozwalał sięgnąć wzrokiem dalej niż do kilku pierwszych drzew zanurzonych w stojącej wodzie. Stwiga wylał, nie wiedzieliśmy jeszcze tylko jak.

Płynąłem pierwszy, chciałem jak najwięcej zobaczyć nim inni zburzą harmonie wody, pięknej, nietkniętej przez cywilizację rzeki. I tym pięknem obdarowywałem innych, by znów upłynąć samotnie kilkanaście metrów, by znaleźć się w miejscu podobnie wspaniałym, ale całkowicie innym już.
Na Stwidze
Rzeka zachwyciła, po twarzach widziałem, że nie tylko mnie. Rozlewiskiem dosięgała sędziwych dębów i wzniosłych, rozłożystych sosen, tak iż otoczone wodą tworzyły majestatyczny las nie dający się z niczym porównać. Złota zieleń młodych listków dębiny ponad nami i pod mami, odbijana w wodzie barwy ciemnego piwa, sprawiała wrażenie łaki z sadem owocowym, między drzewami którego płynęliśmy. Coś w tym było z majestatu, coś pierwotnego wywoływało uczucie szczęścia, zlania się z rzeką, przyrodą, kajakiem, który z powagą w obliczu piękna sunął między drzewami.

Chylące się dęby

Drogę wybieraliśmy łatwo, powolny nurt znać było w ruchu, ułożeniu traw wodnych, instynkcie kajakarza. Niemniej silne meandry i rozlewiska zmyliły mnie dwukrotnie. Wpłynąłem na większe połacie wody, zawróciłem, by szukać innej drogi. Czasem była niepozorna, klucząca między łąkami traw sterczącymi ponad lustrem wody, a czasem między krzewami łoziny. Tak jak było to przy moście, który z daleka zapowiadał przenoskę bo wysoka woda równała się z przęsłami. Szymon z Marysią dobili do lewej strony, wysiedli z zamiarem przenoszenia kajaka. Ja wytyczyłem drogę przez rozlewisko, którą popłynęli pozostali.

Rzeka zmieniła swe oblicze płynąc już wyraźnie jednym nurtem, tworząc z rzadka i opływając małe wysepki. Częstym widokiem były stare barcie umieszczane na rozłożystych gałęziach dębów. Po lewej mijamy stalową wieżę widokową, o której mówił nam leśnik. Wygląda na solidną ale brak jej dachu i na myśl przywołuje raczej wielki słup energetyczny, niż bezpieczne miejsce.

Płyniemy już na przodzie tylko ja, Basia z Anką i Szymon z Marysią – Czsiek nauczył, że płynąc na początku można zobaczyć więcej. Podziwiajac dąbrowę, miarowy zachód słońca i refleksy jego na wodzie jemy ciastka z Solidarności. Smakowały wybornie.

Obozowisko wybrały dziewczyny, moje pierwsze kroki bosej stopy pokazały, że cypel jest podmokły, lecz już kawałek dalej było wspaniałe miejsce na nocleg. Suche, dostatenie w paliwo na ognisko, z naturalnymi ławeczkami tworzonymi przez powalone drzewo. W tym miejscu spędziliśmy naszą drugą noc, zmęczony podróżą położyłem się wcześnie, bo tuż przed 10.

0 Odpowiedzi do “Polesie, dzien drugi.”


  1. Brak komentarzy

Pozostaw odpowiedź






kajak.org.pl - strona wszystkich kajakarzy