29.04.08
W nocy i rankiem mocno padało, intensywnym, drobnym deszczem, który o 6 wpędził mnie z powrotem w śpiwór. Wstałem jednak raczej z nudów niż chęci do dalszej drogi. Szczapkami sosny roznieciłem ogień, w którym tlił się jeszcze nikły żar i już zaraz inni z kawą, zupkami, stali przy rozgrzewających płomieniach.
Namiot zwijałem mokry, uwijając się bo moja grupa wyruszyła chwilę wcześniej. Do ciernikowej paczki dołączyli chłopaki z MPWiKu – w ich wiosłowaniu widać już zgranie i gonić za nimi jest pewnym wysiłkiem. Tylko miarowe pociągnięcia piórem i wynajdywane sprytne skróty pozwoliły mi dojść ich na ostatniej prostej rzeki, gdzie w oddali rysowały się już sylwetki osób przy umówionym moście. Były to już tylko bale sterczące wszerz rzeki, a dawną świetność potwierdzała szeroka, piaszczysta droga.
Nią też rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę, stając wcześniej na lewym brzegu. Zaplanowana poprzedniego dnia wyprawa do cmentarzyska czołgów wiodła nas piaszczystą drogą, mapą, przewodnikiem ku wydmom dawnego radzieckiego poligonu położonego na Olmiańskich Bagnach. Nasz szlak początkowo prowadził wzdłuż rozlewiska Stwigi, tak iż po lewej mieliśmy podmokły brzozowy, młody lasek, a po prawej sosnowy bór. Znać w nim było niszczycielską siłę ognia, opalone pnie i sterczące kikuty sosen. Droga odbiła teraz od wody i weszliśmy na wydmy, patrząc raczej pod nogi niż na najbliższą okolicę. Godzinna wędrówka wyprowadziła nas z lasu, w którym raz po raz ziemia ukazywała nam swoje stalowe płody. Początkowo małe części, poszarpane opony i płaty duraluminium, w końcu kabiny samochodowe.
Pierwsze pojazdy wypatrzyłem na rozległej polance porośniętej niską sosną i brzozą. Były to dwie ładne tankietki wybebeszone z całego swego sprzętu wewnętrznego. Pordzewiałe karoserie wzbudziły optymizm zbliżania się do głównego składowiska złomu. Kolejna amfibia była ukryta w głębi zarośli. Znalazłem ją biegając między drzewami, oglądając się na koleiny starych dróg, miedziany kolor porostów i piasku.
Bezowocnie idąc dalej zapadła decyzja o wejściu w las i tam rozejrzeniu się za czymś nowym, ciekawym. Już po paru krokach i to przyniosła wyprawa. Uderzył w nas przyjemny zapach roślin bagiennych, wody, i ustępującego pod naciskiem stóp gruntu. Z każdym metrem woda podsiąkała mocniej, kępy trawy zagłębiały bardziej, nie dając na tyle oparcia by utrzymać się w suchości. Zmęczyło mnie to brodzenie nie na żarty, a co chwilkę ulewająca się w kalosze woda chlupała jakby z radością. Podśmiewając się i ze mnie i z innych, ale radość udzieliła się wszystkim, bo miejsce było piękne, choć wymagające. Zdecydowaliśmy o powrocie, nie było sensu brodzić tak nieprzygotowanym w wodery. Kalosze, sandałki i bose nogi złym były uposażeniem na taka wyprawę. Przy okazji Basie wystraszył wąż.

W powrotnej drodze spotkaliśmy drugą grupę zainteresowanych poligonem. Po zlokalizowaniu miejsca na mapie i konsultacjach z Szymkiem, zaniechaliśmy dalszej wyprawy ograniczając się do penetracji pobliskich wydm – znaleźliśmy jeszcze kilka amfibii, szmelcu ze stali i opon utopionych w dużych lejach po pociskach.
Przy kajakach czekało (czekało ale samo się nie zrobiło, uśmiech Agnieszce) nas już ognisko, gorąca herbata, kluski z konserwą, sosem pomidorowym, groszkiem i marchewką. Smakowało jak nigdy bo przez poranny deszcz nie chciało mi się robić nawet śniadania. Jadłem dżem z otrębami. Na stronie, z Witkiem wychyliliśmy szklaneczkę wina. Marudził bardzo, że nie w smak mu już wszystko – żal było odmówić – Ot dobre! – zachwalał.
Wyruszyliśmy dalej około 15, już w deszczu, w sztormiakach.
Po prawej stronie mijamy wzniesienie, według mnie i mapy wynikało, że jest to pozostałość dawnej wsi. Szymek mówił, że za wcześnie, zbyt blisko rzeki. Wysiadłem z kajaka i wdrapałem się na stromą górkę. Stanąłem ku swemu zdziwieniu na szczycie wału o średnicy około 15 metrów z wyraźnym wejściem, wyrwą w nasypie. Całe to miejsce ogrodzone było płotem sosnowym, do niego zaś prowadziła, widać uczęszczana, droga. W pobliżu kurhanu, miejsca kultu, śladu po meteorycie, bo i takie domysły padały, stały ule i barcie.
Ciągle padało, a zmęczenie pieszą wędrówką dało się we znaki, tak iż około 16 padła propozycja Rafała by rozbić biwak w ładnym miejscu, które akurat mijaliśmy. Grupa zgromiła ten pomysł, rychło okazało się, że końca rozlewisk upatrywać blisko nie można. Napotykane z każdym kwadransem miejsca ewentualnego noclegu po bliższej eksploracji stawały się mało atrakcyjne, za to skutecznie zmierzch przybliżające. Marysia płynąca na czele słuchała skarg, ale i też ona znalazła wspaniałe miejsce wśród starych dębów, z zapasem paliwa, suchą łączką. Było już dobrze po 18, gdy zmoknięta, ale szczęśliwa grupa dobijała do brzegu.

Dwie kępy trawy gniotły mnie w boki tej nocy niemiłosiernie lecz nie było czasu by szukać dogodniejszego miejsca na namiot – padało bardzo mocno i obozowisko wyrosło w mgnieniu oka.
Wszedłem do namiotu z zamiarem zjedzenia kolacji ale przerywał mi ją to gromki śmiech, to odgłosy pracy. Zaciekawiony wyjrzałem, a ukazał mi się osobliwy widok – rząd chłopaków szarpiących napiętą linę uwiązaną do uschniętego dębu, który nie zdążył zwalić się jeszcze do wody. Kierowała nimi Basia z Witkiem. Lina to raz napięta, to znów sprężynująca, przewracała chłopów jak zapałki, zdrowo kołysząc też i drzewem. W końcu kolos runął, na tyle szczęśliwie, że nie na kajaki, a na tyle niechybnie, że do wody. Paweł tylko wspinał się na powalonego kikuta, przywiązując linę do gałęzi, które urywane latały w powietrzu niczym liście. Szczęści, że nikomu nic się nie stało. Na przekór deszczowi, nastroje tego wieczora były jak nigdy dotąd. Ognisko strzelało ku niebu kroplami światła, jakby w triumfie nad wodą z nieba, czego świadectwem były całkowicie wysuszone ubrania.
A kto ugotował makaronik jak poszliście na poligon????? Prosze nie zapominać.