28.04.08
Wcześnie rano budząc się w namiocie bałem się o pogodę. Widno już było ale słońce wciąż nie przyświecało i nie mogłem się zagrzać. Zmarzłem w nocy i zimno obudziło mnie przed świtem, wstałem też i ubrałem sweter. Palenisko było zalane wodą tak iż na wczorajszy żar nie można było liczyć. Drobnicą rozpaliłem ogień, a grono powiększało się z każdą chwilą i ciepłą mocą rozkwitających płomieni. Pierwszymi byli Szymon, Marysia, która akcją nazwaną żartobliwie „jeden dzień, jeden poznany ptak, przedstawiła nas kszykowi (Gallinago gallinago). Mały ptaszek latał nad nami wydając charakterystyczne odgłosy buczenia. Ich tajemnica tkwiła w lotkach, przez które przebijające się z pędem powietrze wydawało owy dźwięk. Kolejno wstawali inni spływowicze.
Stałym składem wypłynęliśmy w pierwszej grupie, umawiając się uprzednio na moście w Kołkach. Rzeka początkowo płynęła szerokim korytem między porastającymi brzegi dąbrowami, brzezinami i sośniakami, stopniowo się zwężając. Liczne odpływy na rozlewiska wydawały dźwięki zburzonej wody i kaskad. Pierwsze trzcinowiska nie przypominały tych z Prypeci. Tu i tam zieleniły się, a w bliższej odległości sterczały kikuty dębów i brzóz. Całe usiane dziuplami i zamieszkałe niczym bloki.

Meandry w trzcinach były częste ale i szybko ponownie wpłynęliśmy w las, gdzie rzeka trochę się wyprostowała. Mieliśmy sporą przewagę i uznaliśmy, widząc małą zalesioną polankę, że będzie to dobre miejsce na postój. Otworzyłem wino, wypiliśmy, a ja z radością słuchałem pochwał.
Przewaga nie była tak duża jak myśleliśmy, oczekiwaliśmy ok. 13 minut, zaraz też popłynęliśmy dalej. Na brzegu, gdzie można było po rozlewisku sięgnąć dalej wzrokiem, wypatrzyłem pojazd z czasów wojny. Zardzewiała tankietka stanęła na zawsze na skraju lasku, prezentując swe rdzawe kolory utopione w wysokiej trawie i krzewach przedpola drzew.
Zaczęło wiać gdy dotarliśmy do ogromnych rozlewisk utrudniających nawigację. Pierwszy kajakarz musiał wyznaczać kurs płynąc pierwotnym korytem rzeki. Brzegi jej porastały większe kępy traw i na czuja dało się ustalić prawdziwy jej bieg. Płynący dalej, widząc z odległości meandry, mogli skracać sobie wodną drogę ku swej wielkiej uciesze. Punktem orientacyjnym widocznym z oddali było piaszczyste wzniesienie, wydma, na której kwitły drzewa owocowe. To pozwalało sądzić, że zbliżamy się do Kołków. Obiegłem piaszczystą wysepkę, a z jej szczytu ujrzałem wielkie rozlewisko i jednostki kajakowe, które płynęły już wprost na wzniesienie. Najwspanialsze było jednak koryto rzeki, której brzegi porastały małe krzaczki. Wyraźnie widoczne pośród ogromnego rozlewiska wiły się dwie równoległe, zielone linie na tle głębokiego błękitu wody i chmur. Zimny wiatr wepchnął mnie w koszulę.
Most w dawnym uroczysku Kołki faktycznie był blisko. Na nim radziliśmy co i jak, porównywaliśmy mapy, czytałem przewodnik, rozważaliśmy chęć wyrażoną przez ogół, by odwiedzić cmentarzysko czołgów. Szymek zdecydował, że będzie to dnia następnego.
Jak zwykle po umówieniu się na obiadową godzinę, nasza ekipa popłynęła pierwsza. Już w Kołkach pogoda straszyła nas trochę chmurami, których gęsty płaszcz zawieszony jeszcze wysoko zapowiadał, że tuż tuż opadnie przynosząc deszcz. Tak i my wyciągnęliśmy nasze kaczeńcowe sztormiaki, by mieć je w pogotowiu.
Obiad zjedliśmy na polance gdzie wcześniej ugasiliśmy mały pożar. Płomienie ogniska błyskawicznie szły po suchych trawach i ziemia stanowczo oczekiwała deszczu.

Na ruszcie piekliśmy boczek, gotowaliśmy wodę. Swoją drogą patent ze starej lodówki sprawdza się bardzo dobrze. Jest jednocześnie płytą grzewczą i grilem, tylko usmarowany sadzą wywołuje we mnie niechęć, gdy przychodzi chwila wsadzenia go do kajaka.
Płynęliśmy dalej, a ja koncentrowałem się na mapie, z której usilnie próbowałem odczytać położenie dawnych wiosek: Zamostocze, Rogi, Uwały.
Pierwsze krople były niewielkie, jakby leniwe bo nie prowokowały do na gwałt ubierania płaszczy. Tylko Basia przezornie, jeszcze na obiedzie, wdziała niebieski, foliowy „worek”. Z czasem kropiło co raz gęściej, my zaś dopłynęliśmy do Rubrynia. Wskazywał na to murowany barak, opuszczony i zdewastowany oraz góry żelastwa, pozostałość po wieży widokowej lub o rodowodzie militarnym. Tu mieliśmy dopłynąć i mimo że była 17 postanowiliśmy o rozbiciu obozowiska. Drzewa było dosyć, a i okolica ładna. W pewnej odległości na umajonej jabłoni była osadzona w pełni drewniana, piękna barć. Chodzili do niej, a to z aparatem, a to z ciekawością tylko, spływowicze, jak do kapliczki świątka. Bliżej, na dębie kolejna, już z blaszanym dachem.
Przy wieczornym ognisku liczyliśmy z nadzieją gwiazdy, które chwilami siały się po całym niebie. Wiatr często bawiąc się z nami, zasłaniał je pochmurną kotarą, smucąc nas skutecznie, zapowiadając deszcz.

0 Odpowiedzi do “Dzień trzeci, w którym porzucam rachubę czasu.”
Pozostaw odpowiedź