1.05.08
Słucz różni się diametralnie od Stwigi i jej linia brzegowa jest inna, podobna do Wieprza. Często meandrująca z wysokim brzegiem, w których gnieżdżą się zimorodki, kolonie jaskółek brzegówek, i od początku towarzyszące nam wszędzie pliszki.
Mijamy po lewej elektrownie wodną, do której odprowadzony jest kanał. Zaraz też spotykamy spiętrzenie wody i pierwszą przenoskę. Sprawnie radzimy sobie na przeszkodzie i jeszcze chwilkę, walcząc dla zabawy z nurtem, płyniemy dalej. Wzdłuż rzeki stoją samochody, od czasu do czasu warczy gdzieś motocykl, biesiadnicy ze sterczącymi wśród szuwarów wędkami kłaniają się nam, zagadują. Stopniowo robi się ich niewielu, czasem jeszcze jakiś tubylec, który przyjechał rowerem, moczy kij w wodzie.

Koło południa docieramy do wioski leżącej na prawym brzegu. Droga do niej prowadzi przez zalaną łąkę. Zdejmujemy buty, podciągamy nogawki i już stoimy pod dużym, drewnianym, witającym nas krzyżem. Idę sam, jak zwykle, by wejść w to miejsce, takim jakie ono było przed naszym przybyciem, by ukłonić się, porozmawiać, zaspokoić niewiedzę mieszkańców, ich lekką obawę i zaniepokojenie. Siadam przed pierwszą chałupką gdzie zobaczyłem kobiety, obserwujące mnie z daleka. Mówię, już nauczony – Zdrastwójte. Inne przywitanie spotyka się z dziwnym spojrzeniem, ale wieńczone jest odpowiedzią. I wykładam o co mi idzie. Będąc w Turowie zaczerpnąłem języka, gdzie można kupić rzeczy haftowane ręcznie. Sprzedawczyni tylko pokiwała głową z lekkim uśmiechem i mówi mi – A tolko w derewni! A ja – I szto, puiti do babuszki w derewni i sprosit’? – A ona – Da!
No i tak też zrobiłem, ale najpierw musiałem wytłumaczyć kto ja jestem, skąd, po co i że tylko dla turystyki. Na raz słyszę maszyna jedzie i przy mnie staje, a z czerwonego tranzita wysypuje się banda chłopów i dawaj babuszki obskoczyć. Co tam się działo, baby całować, zdjęcia z nimi robić, a śmiechu, kobiety płakały z tej nagłej i nieoczekiwanej napaści. Rabanu tylko narobili, przejechali przez wioskę jak wicher, zostawili podarki, o drogę spytali i już ich nie było. Znów sam zostałem, a babom tłumaczyć musiałem co to za jedni i że szczęście, pojechali. Już na spokojnie rozpytuję o wyszywaniki ale głowami kręcą, że córkom pooddawały, że od młodości nie szyją, bo i nie ma dla kogo. Ale chłop, maż jednej słuch, słucha, ośmielił się i dom mi pokazuje do którego iść mam. Na podwórku stoi starszy mężczyzna, wyszedł ten gwar usłyszawszy i maszynę, a szczególnie pasażerów. Znów mówię o co mi chodzi, a on żonę swoją woła i na pokoje mnie prowadzi. Opowiada jak to jedną polską klasę kończył, hymn polski mi śpiewa. Żonę przedstawia, która cztery lata do polskiej szkoły chodziła ale słabo pamięta, już słowa nie zna. Dziadek troszkę mówi, i ładnie, z akcentem, ale słówka pojedyńcze.
W domu pięknie, czysto, poduszki na łożu piętrowo ustawione, każda haftowana, a co mniejsza, to wzorek ładniejszy, delikatniejszy, a ten sam motyw na każdej. I na ścianach to samo, płótna kwiatami haftowane. Nieśmiało z szafy obrusy wyjmuje, ale już widzę, że ten najstarszy mi się podoba. Wyciąga i poszewki i inne jeszcze makatki, na ściany, na łóżko zaścielenie. Różne rzeczy miała, jak to w szafie babcinej. Złożone i czekające śmierci właścicieli tylko.
Chętnie sprzedała lecz ceny powiedzieć nie mogę, później przed sobą wstyd mi było, bo i Polacy to przecież, a wyszło jakbym ich ocyganił. Ale z drugiej strony im to już na co, a ja przecież nie dla zarobku to cudo ręcznie haftowane kupiłem, ale na pamiątkę po nich. Po tym kraju. Do komórki zajrzałem jeszcze, gdy mi jaj babcia dać chciała. Stała w niej piękna lampa naftowa, ale już nie miałem śmiałości, słoje z sałem, marmolady i inne przetwory. Zakątek w domu piękny i jeszcze nie jedną rzecz krył w sobie. Rozmawiam jeszcze z dziadkiem o życiu na Białorusi, o emeryturze, która u niego wynosi tyle co 300 zł, o tym jaki żywioł chowają, gdzie młodzi, bo wiele chałup dechami zabite, wioska wymiera. O eternicie na dachu, że kazali w 60 latach położyć i tak leży. I innych jeszcze sprawach, na ile język pozwolił. Już tych jaj nie chciałem, choć później Szymon, mówił, że by jajecznicy pojadł.
Wracam na skrzyżowanie dróg i swoich widzę, opowiadam w drodze na cmentarz jak to mnie goszczono, jak to Robert ludzi wiózł i napad uszykował. Obrus z gazety odwijam, pokazuję i słucham dumny, jaki piękny. Przechodzimy koło dawnego kołchozu stojącego w ruinie, skręcamy na lewo, na wzniesienie, które jest cmentarzem wiejskim. We wsi jest jeszcze dom kultury i dom, w którym przyjmuje dojeżdżający do wioski lekarz.
Szymek opowiada mi z kolei ich historię o posądzeniu szpiegostwa na niemiecką rzecz. W drodze powrotnej, kobieta udobruchana już, sama śmieje się do Szymka, że ona myślała że my „szpiony ili germańce”. Jej córka taka miła wciąż nie jest bo milicję chce wzywać, wygania nas, na zdjęcie zrobione psu, przypominającego hienę, jeszcze większe larum podnosi. Widać jedno w drugie się wdało.
Odchodzimy do kajaków, w niektórych chałupach zamęt zostawiając, a u innych radość. Ale u krzyża, nad rozlewiskiem widok się roztacza z górki, na drugą część wioski. Już bez drogi asfaltowej, z mniejszymi domkami, płotem równiutkim ciągnącym się wzdłuż chatek i szerokiego gościńca. Schodzimy z górki ja, Szymon, Szymek z Ewą i Agnieszką. Pozazdrościła mi Agnieszka wyszywanek i obiecałem jej, że załatwię. W ostatniej chałupie, po rozmowach, z kobietą, która wiedziała co jest na rzeczy, kupiła i Agnieszka wyszywnkę.
Popatrzyłem jeszcze zagrody opuszczone, w okna zabite deskami, drzwi zakryte, wieś białoruska umiera. Na starych komórkach zachowały się jeszcze oryginalne krycia dachowe, jakby szczebelki z drewna, nie strzecha.

Z handlu wracając, z jednej z chałup kobieta przed nami ze słojem wybiega, kłania się nam ładnie, z uśmiechem, szybkim krokiem na ławeczkę zmierza po drugiej stronie gościńca. Tam już Szymon na środku siedząc, cieszy się, darowane pestki z dyni łupie, rozmawia, dokazuje z kobietami. A i słój dla niego, w środku mętny, prawdziwy sok brzozowy. Jeszcze rozmowy zdań kilka. Kobieta, która Szymona obdarowywała teraz jest na emeryturze, zadowolona, bo u nich wcześniej. A nauczycielka języka białoruskiego była, mąż jej na kolei pracował. I tak im mija życie, mówiła, szczęśliwa, żeśmy do nich przyszli, porozmawiali.

Po pół godzinie płynięcia stanęliśmy na obiad. Na wysokiej skarpie stała solidna, drewniana ława i siedziska z oparciami wydłubane z drewnianych kloców. Wygodnie było, apetyt był i dwie flaszki pękły do sała Błażejowego, zawiniętego w gazetę z 88 roku.

Już płynąć ciężej było, na dryfie wszyscy skubali pestki i w ciszy rzeki, popołudnia czekaliśmy, aż miejsce noclegu, wieś Lenin, sama się przybliży.
Spotykani wędkarze sugerowali zbliżanie się do celu. I faktycznie, na szeroko rozlanej rzece ukazał się most, który wyglądał, jakby za chwilę miał się zawalić. O dziwo śmigające tylko po nim samochody wydawały dźwięki gromów, burzy, a drewniane przęsła, jak stały tak stały dalej.
Powolutku wyciągnąłem kajak na brzeg i poszedłem w stronę nieodległej wioski. Z Szymkiem i Agnieszką chodziliśmy jeszcze za wyszywanką. Babcia radowała się nas widząc, owszem, pokazywała pięknie haftowany krzyżykiem obrazy, w tym uosobienie Białorusi, ale do sprzedania nic nie miała. Wszystko oddała córce. Ewę tylko cukierkami poczęstowała, ja oglądałem z zachwytem podcienie domu. Tym samym już wszyscy o nas wiedzieli, już rozmowy, znajomości były pozawierane, wstępny grunt przygotowany, grupki w których stali kajakarze znały imiona, zawody, rodzinne sekrety, osób z którymi rozmawiały. To tego siostra, a to tego kum, ona klnie po polsku i śpiewa, syn jednego dobry, w mieście, inny pije, ten był w specnazie i bić się chce, i tak do późnego wieczora, zakrycia magazynu.

Stałem z Fiedią, człowiekiem około 60, rozmawialiśmy o różnych rzeczach, i o polityce. Choć ograniczałem się do słuchania. Wygłosił mowę o Łukaszence, wyraźnie z niego zadowolony, zresztą, tak jak wszyscy. Mówił „on nie uczonyj, on umnyj”, on bez ojca się wychował i dlatego jest twardy, on pracował od kołchozu i dlatego doszedł tak wysoko, stopień po stopniu i wam by go dać na pół roku i on by porządek zrobił w Polsce. Aż żona po Fiedię przyjechała rowerem, pokrzyczała i przykazała, że spać będzie pod drzwiami. Pytał czy o nim nie zapomnę, mówił, że mnie „uważa” ale musi iść. Dałem mu na pamiątkę 5 zł, nic innego z Polski nie miałem. I tak do rozkładania namiotu zagnała mnie noc, a Fiodora kobieta.




