30.04.08
Deszcz ustąpił, jednak niebo wciąż było mocno zaniesione. Na śniadanie zjadłem z chłopakami ciepłe i pożywne kluski. To postawiło mnie na nogi i podbudowało, rekompensując kiepska pogodę. Za to co nam się wczoraj dostało, nie byliśmy tacy skorzy do płynięcia na czele, ale i czasu było pod dostatkiem. Wkrótce więc jednostki połączyły się przechodząc w leniwy, zakrapiany dryf. Wcześniej wielkie poruszenie wywołały krowy i pasący je poleszuk. Dobry deń – krzyknąłem zdejmując czapkę – Dobry deń! – odkrzyknął. Ot kuda wy płynietie? – My s Polszy – odpowiedziałem, co miało znaczyć, że z bardzo daleka. Miarowo pojawiać się zaczęły eternitowe dachy chałup, całe wsie, skiby zaoranych pól. Dopłynęliśmy też zaraz do małego, drewnianego mostku. Tu analiza, konfrontacja z mapą, odpowiedziała nam na pytanie, że kawałek jeszcze musimy podpłynąć, aż do mostu na głównej drodze, gdzie umówieni byliśmy z Robertem.
Meandrująca rzeka niespodziewanie rozlała się na wielkim obszarze łąk, tworząc jezioro, na którym nie sposób było poznać, ni koryta Stwigi i uchodzącej Moctwy, ni nurtu. Płynęliśmy między kępami łozin widząc na horyzoncie most Korotycki, a po prawej, na wysokim brzegu, cmentarz. Ku niemu dobiliśmy celem zwiedzenia. Zadziwiły szczególnie jajka, stakany z wódką i cukierki położone na grobach zmarłych. Bowiem Wielkanocne Święta poprzedzają Święto Zmarłych – czas odwiedzania grobów bliskich. W najwyższym punkcie porośniętym dębami zdobnymi w barcie, pośród medalionów z poleskimi twarzami, odkryliśmy wizerunek młodego człowieka w polskim mundurze w randze podporucznika. Witek zapalił na tej mogile znicz.
Po obmyciu kajaków, przepakowaniu, załadunku, wyruszyliśmy w dalsza, lądową drogę z czekającym już na nas Robertem.
Turów, miasteczko z 980 r. urzekło nas prypeckim rozlewiskiem, po horyzont kluczącym między kępami drzew, trawami rzecznymi i okrągłymi krzewami wierzb. Przejaśniło się całkowicie i aura pozwoliła zrobić potężnej, leniwej rzece kilka fotografii. Cześć grupy wyruszyła na pobliską górę zamkową, pozostali robili zakupy i integrowali się z turowianami. Tu także zjadłem w towarzystwie Szymona smaczny obiad za ok. 7 zł. Nad Słucz dotarliśmy ok. 6 po południu. Rozbiliśmy obóz na polance nad pięknym klifem, prze zakręcie rzeki, po prawej mając sosnowy lasek.




0 Odpowiedź do “Dzień piąty. Zakończony nad Słuczą.”