2.05.08

Rankiem, Krzysiek opowiedział mi zasłyszaną historię o zastrzelonym Żydzie, który skonał na miejscu naszego obozowiska podczas próby ucieczki i tu też wrzucono go do dołu. Śladu mogiły, znaku czasu i pamięci nie było po nim nigdzie. Stary człowiek, który opowiadał, wspominał porządek „za Polski”, jako jedyny narzekał na Łukaszenkę, na rząd, biedę. Sam zbierał butelki, dorabiając w ten sposób do 150 zł emerytury. Nawet skupy – mówił – nie bardzo chcą brać od niego to szkło. Krzysiek z Romkiem dali mu największa konserwę szynki jaką mieli, on na to skromnie zapytał, czy sami nie będą głodni.

Z Szymonem poszedłem do magazynu i po wodę. Starszy gospodarz z chęcią napełnił nasze bukłaki mówiąc, prowadząc nas na podwórko, „nasze chłopaki…”.
Płyniemy mijając wieś. Stajemy tylko na chwilkę za potrzebą.
Uzgadniamy, że dłuższy postój i wycieczkę kulturowo-krajoznawczą zorganizujemy w następnej, mijanej wsi.
Rychło, pobliską wioskę obwieszcza osobliwa przeprawa przez rzekę. Jej brzegi łączy stalowa linka, a do niej przymocowana jest tratwa na PETach. Do niej natomiast, przywiązany jest sznurek pozwalający przeciągnąć tratwę na swoją stronę. Pojawia się miejscowy z rowerem i dzięki niemu możemy popatrzeć na ową przeprawę.

Do wioski prowadzi ścieżka przez las, a obok niej kręta droga dla dużych pojazdów. Wprost z lasu wychodzimy na asfalt ulicy Sowieckiej. Już z dalsza obserwują nas mieszkańcy siedzący na podpłotowych ławeczkach. Z gospodarstwa, które akurat mijamy wychodzi człowiek, i krótko z nim rozmawiając o cmentarzu położonym gdzieś w lesie, odnosimy wrażenie, że nie jesteśmy tu mile widziani. Mijamy tylko ławeczkę, kłaniając się przy tym, na plecach czując wzrok siedzących, idziemy do sklepu. Już tam opowiada chłop, że my na cmentarz chcemy.
W sklepie jest akurat kontrola, może inwentaryzacja, bo przed sklepem stoi wielka ciężarówka, a urzędnicy i sklepowa biegają miedzy stertami skrzyń. Obsługuje nas ładna, młoda sklepowa – rzadki widok na białoruskich wioskach.
Z Ewą na barana oglądamy szkołę, bibliotekę – wszystko w ruinie, za budynkiem szkoły, w starej szopie, piętrzą się ławki i inne szkolne sprzęty. Smutny widok. Chodząc tak, trafiam na wzrok jakiejś gospodyni. Z chęcią i Ewą, na plecach idę, może uda mi się znów cos stargować. Dziecko cieszy oczy każdej kobiety i wzbudza większe zaufanie niż osiłek w wojskowych spodniach. Przekrzykuję jazgocące, małe pieski, wyjaśniając skąd my i co bym chciał. I już słyszę to co wszędzie, że nikt tego nie haftuje, że oczy, że oddane, ale ciągnę do chałupy, co tam. Na ganeczku siedzi zdziwiona staruszka, strach widać na jej wiekowej twarzy.
Kupuję w końcu wyszywankę, kobieta długo upiera się, że nie sprzeda. Przekonuje ją zgoda męża, który spał do czasu mojego przyjścia. Poczęstunek drożdżowym ciastem wieńczy interes. Ewa wolałaby cukierki, które małej daje kobieta, ale dziecko nie moje, może nie mu można. Ciągnie mnie zniecierpliwiona, ale dzielna, do grupy naszych. Biorę plecak, w którym miałem ciasta z Solidarności i wracam, by odwdzięczyć się za gościniec. Już babcia z większą ochotą, uśmiechem i zaufaniem przyjmuje podarek.
Wychodząc ze wsi rozmawiamy jeszcze z ludźmi z ławeczki. Macie tam kogoś? A po co wy tam chcecie iść? Na pewno sami nie traficie, tam dużo ścieżek! I nikt z nich nie podnosi się by nas zaprowadzić na cmentarz, odchodzimy zawiedzeni po ich reakcji. Ale i wioska dawniej przecież radziecka była, i mentalność ich dawna jeszcze.
Błądzimy po sosnowym lesie szukając cmentarza. Prawdę mówili mieszkańcy, że bez przewodnika, którego oni nam nie zapewnią, sami nie znajdziemy drogi. Trafiają nań w końcu Szymek, Szymon i Romek, mówią, że jest to cmentarz jakich wiele i nie idziemy wszyscy by go zobaczyć.
Płyniemy dalej zatrzymując się w wiosce po stronie dawnej polskiej granicy. Pichcimy kaszę, która jest nie lada urozmaiceniem, z przyprawą ziołową i konserwą smakuje wyśmienicie. Apetyt wzmagają mi i wyostrzają Trzy Niedźwiedzie – dobre rosyjskie piwo.
Postanawiamy ruszyć jednak do wioski dróżką między z rzadka rosnącymi dębami. Podwijamy nogawki, bo drogę odcina nam małe bagienko.
We wsi natykamy się na Truskawkę i Marysię – przestraszone opowiadają nam jak to pewien Iwan, podniesionym głosem zaprasza je do siebie na poczęstunek. Robił to tak energicznie, że te biedne pouciekały w trwodze. Wioska już wie za jego staraniem, że Polacy przyjechali.
Dwóm babciom stojącym na drodze daję ciastka, słysząc wzruszenie w głowie i w słowach „synku….”. A zaraz po tym znów zjawia się Iwan w militarny ubraniu i krzyczy „Wsie ku mnie, wsie ku mnie…” i tak w kołomacieju. Wchodzimy więc sporą grupą na podwórko a z izby wypada okropna baba, spita, wyrwana z łóżka, w którym widocznie trawiła niedawno pity alkohol. Z krzykami „polaki sraki” itd. wygania nas, „kołhoza mi tu nie trza…”. Wychodzimy na szosę by ugasić awanturę, rozładować napiętą sytuację. Iwan znika w chałupie ale zaraz biegnie za nami intonując znaną nam już śpiewkę „wsie ku mnie…”. Kobieta już udobruchana zapowiada większą wypitkę. Niepostrzeżenie, z Szymkiem uchodzimy z obejścia przyśpieszając kroku by nie dotarły do nas słowa fatalnego zaproszenia.

Idziemy na cmentarz, na którym znajdujemy rozwiązanie zagadki słowa „Białostockie”, które raz po raz padało w czasie rozmowy. W naszym rozumieniu oznaczającego pochodzenie, może miejsce gdzie mieszka rodzina rozmówcy. Napisy na połowie nagrobków to nazwisko Białostocki. Iwan także pochodzi z tego rodu, oboje jego rodziców było Polakami. Gdy tylko dowiedział się kim jesteśmy, zagrał w nim sentyment i chęć ugoszczenia rodaków.
Wchodzimy na powrót do Iwana, kochanka, jak się okazało, mocno już rozochocona obściskuje Wicia. Przed domem biega wielki świniak, spaceruje koń obskakiwany przez psy, a nasi patrzą na to widowisko jak zadziwione dzieci. A nasz gospodarz, ze zgrzebłem w jednej ręce, to poczesuje przywoływane imieniem prosię, to drugą ręką podaje tłustego stakana z mętnym bimbrem. Widok zadziwiający przeradza się w osobliwy, gdy przepasany flintą, wnosi na stole suszone lub wędzone ryby. Twarde, trzeba je żuć powoli, by mięso uwolniło smak pozbawiony charakterystycznego aromatu rybiego. Z grzbietowej części chyba zepsute.

Szymon zapisuje tym czasem od kobiety adres, by wysłać zdjęcia, kilka słów w podzięce.
Stakan krąży miedzy wszystkimi, lepki, tłusty, sterylizowany co chwila nalewanym samogonem. Tak samo szybko jak pojawił się stół z rybą, zaraz i zniknął za drzwiami chałupy, a my wychodzimy jakby nam kulturalnie dano do zrozumienia: „popili, pojedli – już was ugościłem, więc dziękuję, wyjdźcie…”
Iwan znów wyskakuje i krzyczy znane zdanie. Tym razem prowadzi nas do swojego domu. Trochę machając ręką na godzinę i pozostały nam dystans, idziemy. Braknie miedzy nami gospodarza, tym razem machając ręką na niego, wracamy do kajaków. W drodze spotykamy starszego pana, który śpiewa nikomu z nas nieznaną piosenkę o ułanach. Nad rzeką opowiadamy o powodzie przedłużającej się wizyty w wiosce.
Płyniemy rzeką mocno meandrującą i zakola mijające się prawie przerywają brzegi, muszę jednak opływać je, nie widząc nikogo z przodu. Jestem zmęczony, może mi się też nie chce, gdy wiem, że to ostatnie chwile, które spędzam na Białorusi w kajaku.
Słyszę od pewnego czasu donośny szum drogi, prawie huk, który roznosi się po lesie i rzeką – po tylu dniach ciszy, ten dźwięk napawa mnie odrazą, a jednocześnie zwiastuje koniec i możliwość wyprostowania nóg.
Most, żelbetonowa konstrukcja wyłania się na jednym krańcu lasu i brzegu rzeki i niknie na drugim. Już widzę kajaki, płynę z rzadka muskając wodę piórem. Zbliżając się do mostów zawsze tak robię by jak najwięcej ludzi śmigających samochodami mogło mnie zobaczyć w tym dostojeństwie dryfu. By widzieli i zazdrościli, że oni tam, pędząc, a ja tu, nie wiedząc jaki mam dzień tygodnia – płynę.
Robert nie chce jechać dalej, stajemy więc w sosnowym lasku nad wysoką skarpą w bliskiej odległości od szosy. Nie wszyscy są zadowoleni z szumu, przenosimy się więc troszkę dalej z namiotami.
Ognisko płonie do późnej nocy. Próbujemy śpiewać piosenki z repertuaru Czesława, słabą znajomość słów rekompensujemy chóralnym mruczeniem. Niektórzy zmęczeni pokładli się przy ognisku, grzejąc swe styrane plecy.
Takim, pozwalamy się odmeldować.