Monthly Archive for czerwca 2008

Dzień dziewiąty. Brześć

04.05.08

Ostatni dzień. Niby już wszystko przygotowane, kajaki powiązane na przyczepie od wczoraj, a jeszcze jesteśmy daleko od domu i o powrocie jeszcze się myśleć nie chce. Jeszcze ten dzień ostatni wypić do końca, najwięcej, łapczywie każda chwilę wspomnieć, zobaczyć coś jeszcze, jeszcze popatrzeć na chłopców z wędkami nad Piną, gdy bez trudu wyciągają kolejne ryby, gdy nasi, zniechęceni wędkarze złożyli już wędki.


Podróż do Brześcia dłużyła się, czas umijali nam Szymon z Marysią czytając przewodnik i informacje o mieście.
Stajemy na parkingu przed Twierdzą Brzeską. Część idzie zwiedzać muzeum kolei, część samą twierdzę.

Aleja ciągnie się szeroko, przybliżając się z wolna do kanciastegpo pomnika ciemnej, prawie czarnej, barwy. Na jego środku, niby wyłom ostrzy swe ramiona gwiazda, pod którą trzeba przejść. Unosząc głowę w tą swoistą bramę mimowolnie stałem się ofiarą nalotu, pomocnikiem zegarmistrza „purpurowego”, słuchaczem ognistego przemówienia. Głośniki to raz waliły bomby, warczały silnikami samolotów, a ja musiałem uciekać pośród krzyków kobiet i dzieci, to znów tykaniem obwieszczały nieunikniony koniec, to znów sypały sowieckimi frazesami o echach wojny, generałach itd. Patrząc tak w górę na krawędzie pięcioramiennej gwiazdy, zazębiające się, tworzące skomplikowaną siatkę, odnosi się wrażenie przemyślanego działania artysty, który to projektował, to po prostu ciekawie wygląda. Pozwala zrobić ładne zdjęcie światłocieni, nie widać już gwiazdy.
Jeśli sama brama może zrobić wrażenie to jak piorunujące wrażenie robi kolos oddalony o jakieś pięćset metrów. Betonowa rzeźba wielkości bloku mieszkalnego, z którego wyrywa się paskudna gęba muskularnego czegoś, pomalowanego szara farbą. Wzrok świdrujący ziemie, wargi wykrzywione, mięśnie obnażone, wygląda to wszystko tak jakby było nieskończone, bo miejsce, gdzie mogła by być druga ręka, to już betonowy kloc. Tylko sierp i młot skrzyżowane.


Zbliża się Dzień Pabiedy, 9 maja, czuję się to na każdym kroku. W miasteczkach i miastach słupy przyozdobione czerwonymi flagami, transparentami, plakatami patriotycznymi koniecznie z czerwonym elementem gwiazdy. W brzeskiej twierdzy dziś próba generalna, bo młodzi ubrani już galowo, wyczyszczone kałachy w dłoniach 15 – 16 latków, białe kokardy oślepiają blaskiem, bo słońce dziś tak pięknie przyświeca. Wspaniały dzień na meldunek, wspaniały by przemaszerować i dać się sfotografować mi, młodej parze składającej kwiaty pod gierojem. Już płonął znicze, może nigdy nie gasną, złożone wieńce dziękczynne.
Poszedłem do cerkwi, pięknej, bogatej. Ślub za ślubem idzie jak na taśmie. Można się zatrzymać, obejrzeć piękne ikony, posłuchać śpiewu babć, popatrzeć na wspaniały rytuał zaślubin, korony, haftowane ręczniki, stroje.


Jakiś jednak niesmak mi zostaje. Idę sam popatrzeć na lokomotywy. Nie mam już pieniędzy więc oglądam je przez ogrodzenie. Jak z filmów parowozy z gwiazdą na czele, już uśpione, stoją jeden za drugim.
Wejść można było grupowo, za 3 zł, z rabatem, przewodnikiem. Zwiedzać do woli wszystko, dotykać, zaglądać, otwierać, bez ograniczeń. Wycieczki dzieci były szczególnie rozradowane.
Usiadłem na ławce z Witkiem i polką z Brześcia, której mieliśmy przekazać dary wjeżdżając na Białoruś. Wtedy nie miał się kto po nie zgłosić i większość po prostu rozdaliśmy ludziom napotkanym na naszej drodze. To co zostało plus to co każdy ofiarował ze swojego majdanu zostawiliśmy kobiecie.
Zakupy robili nie zaopatrzeni. Baśka, Szymon, Marysia, moja siostra i ja poszliśmy przyjrzeć się mijanej po drodze cerkwi. Pięknie odnowiona, seledynowo – biała, gościła znów młodą parę. Tu śluby odbywają się w niedzielę.


Granica. Paszporty, karty, które wypełniało się przy wjeździe i pytanie, które musiało paść, a którego wszyscy się bali. „A gdzie wy mieszkali, gdzie wasz meldunek?” – na co Robert wyjął odręcznie wypisany rachunek za hotel, w którym mieszkał, w czasie gdy my pływaliśmy Stwigą.
„No dobrze, tam jest sklep. Biegnij po flaszkę, tylko tak, żeby jej kurwa nikt nie widział!”. Nie było już rubli na wódkę, trzeba było jeszcze coś wykupić wyjazdowego glejtu, wszyscy zrzucili się na 5000 tyś rubli. Całe 5 zł.
Wódkę poświęcił Szymek, Robert, elegancko w teczuszce zaniósł ją pogranicznikowi. Rozpadało się a my wciąż stoimy, załatwiona sprawa, paszporty w kieszeniach i nic. Robert pyta urzędnika, dlaczego – „no jak pojedziecie, napada wam do kajaków, tam u was nie ma miejsca by stanąć pod dachem”. Bardzo miło z jego strony.
Bug, miła pani w budce z biało czerwonym na ramieniu, celnik zapytał o przemycanych ludzi i pojechaliśmy. Gdyby nie ten postój, wszystko trwałoby 20 minut.
Lubartów. Wyrzucamy chłopaków ze Szczykarkowa. Pomagamy nosić ich kajaki na posesję.
Lublin. Chatka Żaka. Część spływowiczów wysiada tutaj, część jedzie nad Zalew Zemborzycki. Tu też odbiera mnie ojciec. Wróciłem ze spływu.
Odprowadzający przyczepkę na ogrodzony teren zakopali Tranzita. Trzeba było sprowadzić ciągnik by wygrzebać z dołu samochód. Dla nich wyprawa skończyła się znacznie później.

Tam jest propaganda, ale i u nas też jest dobra propaganda. Białoruś nie jest krajem, który odpowiadał mojemu wyobrażeniu wykreowanemu głównie przez telewizję. Że ludzie nie mogą tam żyć, wszędzie kręci się milicja i właściwie wszyscy są podejrzani. Są tam rządy silnej ręki, i większość ludzi jest z tego zadowolona, mają co jeść, na czas wypłacane pieniądze, żyje się im szczęśliwi i dobrze. Oni nie chcą polityki, a swoją wolność i tak mają. Jeśli chcą to piją, a jeśli chcą to pracują na swoim. Przyznaję, że widziałem Białoruś przez pryzmat wsi, konserwatywnej w swych poglądach. Wsi, której lepsze czasy nie są potrzebne, bo wymiera. Ale i miasto zobaczyliśmy. Ładne, wystrojone dziewczyny, bogate samochody, porządek, który polskie miasta mogłyby pozazdrościć, równe drogi, sklepy, w których uginają się półki, żywą kulturę i życie zwykłych ludzi.
Tam można jechać i nie ma czegoś takiego jak mur, nie trzeba się niczego bać, to przecież tak blisko. Kraj znany mniej niż Francja, Hiszpania czy Włochy, nie wiem dlaczego. Tam nic się takiego nie dzieje, tam jest normalnie.
Tylko inaczej.

I tak nie wszystko opisałem, wiele przemilczałem, wiele nie chciałem zobaczyć. Dziękuję szczególnie za zdjęcia, którymi przyozdobiłem tekst, nie pytając ich autorów o zgodę.

Dzień ósmy. Pińsk.

03.05.08

Nurzając się w wysokiej, nie koszonej trawie zwiedziliśmy w Pińsku cmentarz przy ul. Hajdajenki i po raz pierwszy od wyjazdu z Polski, mogliśmy czytać napisy w ojczystym języku. I tak uprzątnięty teren, krył wiele pięknych nagrobków katolickich, kutych krzyży, ciężkich płyt. Część żydowska nie miała nic wspólnego z kirkutami jakie znam z lubelszczyzny. Stalowe, toporne płotki wysokości pół metra ogradzały paskudne płyty lastryko, tworząc wąskie labirynty kluczące miedzy sztucznym kamieniem i metalem. Okropność. Gwiazdy Dawida mieszały się z pięcioramiennymi gwiazdkami sołdatów i komunistów. Jeszcze tylko przeszliśmy przez wojskowe mogiły niemieckie, może austryjackie, ładnie odnowione.

cment-kopia.jpg
Dojechaliśmy do centrum miasta zatrzymując się nad Piną, u skarpy dawnego kolegium jezuickiego, a przy rzecznym dworcu. Stąd udaliśmy się do Muzeum Polesia, niezbyt bogatego w zbiory ale i taniego. Części etnograficzna, archeologiczna, dotycząca wojny obszerna, malarstwo, cóż tam jeszcze było… wypchane ptaki i ssaki w złym stanie stały w dwóch umalowanych w krajobrazy, naturalne warunki, salach. Dwie salki historii Polski, jedna lat 20, ładnie udekorowana sprzętami w stylu art deco. Na korytarzach wisiały fotografie generałów, stały pomniki przodowników pracy i jeden szczególny – tłumaczącego Leninowi swą pracę, poligrafa. Jaki był ciekawy zawodu…

etno-kopia.jpg
Na dawnym placu targowym, wyłożonym kostką stoi wielki Lenin, uchwycony w pozie „kroku w przyszłość”. Śmiechy przy nim były ale co tu powtarzać.
Dziarskim krokiem…
Czymś co zwróciło większą uwagę były dawne polskie napisy reklam, wyłaniające się tu i ówdzie spod elewacji. Malowane tą dawną czcionką, tym stylem i projektem reklamy jakie wszyscy znają.
W widocznym miejscu, na jednym z budynków przy placu Lenina, idąc w stronę pofranciszkańskiego zespołu katedralnego, wisi coś jakby mapa z zaznaczonymi zabytkami Pińska, czytelna ale tak paskudna i malowana bez gustu, że wynika z niej tylko tyle, że prócz tych zabytków w Pińsku nie ma już nic. Wszystkie inne budynki bazgrane brązową farbą, zaznaczone są jako zgliszcza, ruiny ataku bomby atomowej. Wygląda to okropnie i coś takiego bynajmniej nie jest dobrą reklamą miasta.
Wspomniana już katedra jest pięknie odnowioną siedzibą biskupa. Przyjęła nas siostra zakonna, chętnie oprowadzając nas po świątyni, zakrystii, krużgankach opowiadając historię, pozwalając fotografować do woli okazałe wnętrza. Tu też zamówiliśmy msze za śp. Janusza Michalskiego i Leonarda „Gandi” Górskiego.

Widok na Katedrę
Rozstaliśmy się wszyscy, każdy idąc zwiedzać na swoją rękę. Jeść, pić, zwiedzać, kupować, kto co chciał bez przymusu. Obowiązkowe jednak było odwiedzenie księgarni. Zadziwiające, że nieduża księgarenka przy placu Lenina, ma bardzo ciekawe zbiory, dokładne opracowania etnograficzne, dział kartograficzny, wiele pięknych wydań albumowych, nad którymi spędziliśmy dużo wolnego czasu. A wszystkie w rozsądnych cenach, tak, iż wiele osób wynosiło po kilka książek, zwiniętych map, kart pocztowych. Na godzinę przed odjazdem z Pińska przeszliśmy się jeszcze spacerowym deptakiem wzdłuż Piny, wypijając w klimatycznym statku, rodem z „Rejsu”, kufelek piwa.

Widok na dawne Kloegium Jezuickie, obecnie Muzeum Polesia.
Noc spędziliśmy nad rzeką, z żalem nie zrzucając na wodę kajaków. Miejsce było brzydkie, bez porastających trawą polanek, jedynie wydmy piasku i nic więcej, kilka krzaków. Patrzyliśmy po sobie, ni to szukając miejsca, ni czekając na odjazd z tego miejsca. Zostaliśmy i spało się całkiem dobrze. W nocy trochę kropiło.




kajak.org.pl - strona wszystkich kajakarzy