03.05.08
Nurzając się w wysokiej, nie koszonej trawie zwiedziliśmy w Pińsku cmentarz przy ul. Hajdajenki i po raz pierwszy od wyjazdu z Polski, mogliśmy czytać napisy w ojczystym języku. I tak uprzątnięty teren, krył wiele pięknych nagrobków katolickich, kutych krzyży, ciężkich płyt. Część żydowska nie miała nic wspólnego z kirkutami jakie znam z lubelszczyzny. Stalowe, toporne płotki wysokości pół metra ogradzały paskudne płyty lastryko, tworząc wąskie labirynty kluczące miedzy sztucznym kamieniem i metalem. Okropność. Gwiazdy Dawida mieszały się z pięcioramiennymi gwiazdkami sołdatów i komunistów. Jeszcze tylko przeszliśmy przez wojskowe mogiły niemieckie, może austryjackie, ładnie odnowione.

Dojechaliśmy do centrum miasta zatrzymując się nad Piną, u skarpy dawnego kolegium jezuickiego, a przy rzecznym dworcu. Stąd udaliśmy się do Muzeum Polesia, niezbyt bogatego w zbiory ale i taniego. Części etnograficzna, archeologiczna, dotycząca wojny obszerna, malarstwo, cóż tam jeszcze było… wypchane ptaki i ssaki w złym stanie stały w dwóch umalowanych w krajobrazy, naturalne warunki, salach. Dwie salki historii Polski, jedna lat 20, ładnie udekorowana sprzętami w stylu art deco. Na korytarzach wisiały fotografie generałów, stały pomniki przodowników pracy i jeden szczególny – tłumaczącego Leninowi swą pracę, poligrafa. Jaki był ciekawy zawodu…

Na dawnym placu targowym, wyłożonym kostką stoi wielki Lenin, uchwycony w pozie „kroku w przyszłość”. Śmiechy przy nim były ale co tu powtarzać.

Czymś co zwróciło większą uwagę były dawne polskie napisy reklam, wyłaniające się tu i ówdzie spod elewacji. Malowane tą dawną czcionką, tym stylem i projektem reklamy jakie wszyscy znają.
W widocznym miejscu, na jednym z budynków przy placu Lenina, idąc w stronę pofranciszkańskiego zespołu katedralnego, wisi coś jakby mapa z zaznaczonymi zabytkami Pińska, czytelna ale tak paskudna i malowana bez gustu, że wynika z niej tylko tyle, że prócz tych zabytków w Pińsku nie ma już nic. Wszystkie inne budynki bazgrane brązową farbą, zaznaczone są jako zgliszcza, ruiny ataku bomby atomowej. Wygląda to okropnie i coś takiego bynajmniej nie jest dobrą reklamą miasta.
Wspomniana już katedra jest pięknie odnowioną siedzibą biskupa. Przyjęła nas siostra zakonna, chętnie oprowadzając nas po świątyni, zakrystii, krużgankach opowiadając historię, pozwalając fotografować do woli okazałe wnętrza. Tu też zamówiliśmy msze za śp. Janusza Michalskiego i Leonarda „Gandi” Górskiego.

Rozstaliśmy się wszyscy, każdy idąc zwiedzać na swoją rękę. Jeść, pić, zwiedzać, kupować, kto co chciał bez przymusu. Obowiązkowe jednak było odwiedzenie księgarni. Zadziwiające, że nieduża księgarenka przy placu Lenina, ma bardzo ciekawe zbiory, dokładne opracowania etnograficzne, dział kartograficzny, wiele pięknych wydań albumowych, nad którymi spędziliśmy dużo wolnego czasu. A wszystkie w rozsądnych cenach, tak, iż wiele osób wynosiło po kilka książek, zwiniętych map, kart pocztowych. Na godzinę przed odjazdem z Pińska przeszliśmy się jeszcze spacerowym deptakiem wzdłuż Piny, wypijając w klimatycznym statku, rodem z „Rejsu”, kufelek piwa.

Noc spędziliśmy nad rzeką, z żalem nie zrzucając na wodę kajaków. Miejsce było brzydkie, bez porastających trawą polanek, jedynie wydmy piasku i nic więcej, kilka krzaków. Patrzyliśmy po sobie, ni to szukając miejsca, ni czekając na odjazd z tego miejsca. Zostaliśmy i spało się całkiem dobrze. W nocy trochę kropiło.
A gdzie kajaki?
a na ostatnim zdjeciu widoczne, grzecznie stoja, tymczasem my, zwiedzajac.