W Lubotyniu (73km) spędziliśmy dwa dni. Miejsce jest pięknie położone na piaszczystej wydmie. Władze postawiły tam drewnianą wiatę na wzniesieniu, miejsce na ognisko, stoły, ławeczki, wykopano doły na śmieci, z pokrywami, a jakże. Wkopano nawet bramki, i z nich skorzystaliśmy rozgrywając mecz. Kręcą się tam miejscowe dzieci, mimo że biwak oddalony od wsi.
Władze. Jeden z „kręcących się” to syn tutejszego przedstawiciela władzy. Po godzinie mamy wizytę dwóch rosłych chłopów poubieranych w maskujące barwy.
„Ot nasze pozwolenie” – mówi Wicio – wyjmując album ze zdjęciami, z którym chyba nawet śpi. Władza ogląda, ogląda – „O, to maj boss”. Zdjęcie z poprzedniego roku, na którym ściskamy rękę kierownikowi Parku – Jurze – zastępuje pozwolenie. Przedłużające się oczekiwanie. Wyjęta flaszka to sygnał by zawrzeć ściślejszą znajomość. Dwaj strażnicy zadowoleni z takiego rozwoju turystyki już o nic nas nie nękają, doradzają jak płynąć, pouczają by zostawić porządek, oferują usługi. Dzieci przybiegną rano z jajkami, ogórkiem, mlekiem… co tylko trzeba, sok z brzozy, będzie i sok. Flaszki ubywa. A u tiebie zena jest? – słyszę. Niet. Abo tu jest taka ładna po psychologii. I rzeczywiście przyszła następnego dnia, przynosząc w fartuchu ogórków. Ja gdzieś w tym czasie się zawieruszyłem. Dostałem burę od Wicia, że nie chce pogłębiać przyjaźni Polsko-Ukraińskiej.
Mam zdjęcia w uściskach tych ludzi, i syn, który kiedyś obejmie z pewnością jakiś urząd jest na nich. To dopiero fundament.
Starsi są ciekawi. W domu tylko stara żona, która już nie chce słuchać swojego chłopa. A tu ktoś nowy, chętny do rozmowy, i który pływa łódką, trochę inną niż moja, ale po mojej rzece. To wspaniały powód by dosiąść się, móc komuś opowiedzieć. Ten człowiek deklamował wiersze, opowiadał, zaprosił do domu, by zobaczyli goście jak żyją tutejsi.

Dwa dni, troszkę lenistwa, troszkę odpoczynku. Kilka kilometrów za Wietłami (57km) rzeka zaczyna rozlewać się na wielkie połacie przestrzeni. Płytka, klucząca miedzy trzcinami zarasta, tak iż sierpień to najgorszy czas na płynięcie tego odcinka. Oczywiście da się to zrobić, jak wszystko. Ale niemalże do Lubiaźi (89km) Prypeć jest niczym podmokła łąka. Kilka zastawek na rzece potrafi dać w kość. Najwspanialsze były chwile, gdy widziało się zakręty porośnięte trawami, strzałką. Mijało meander i ciągle łąka, łąka, ostre słońce, łąka zamiast rzeki.

Fajny wpis. Brakuje tylko zdjęcia żieny z fartuchem pełnym ogórków.