W drodze rozważaliśmy problem nazwy rzeki. Zbieg dwóch małych strug pod Bychawą, Kosarzewki i Gałęzówki, bierze przewrotnie swe imię od tej pierwszej, mniejszej. Źródła Kosarzewki biją w okolicach Kosarzewa Górnego, Gałęzówki zaś w Woli Gałęzowskiej. Płynąc na zachód i północ zbiegają się przy stawach bychawskich w odległosci około 30 km od Lublina. Tu także zaczynamy, w składzie ja, Bartek i Szymek, popołudniową porą spływ rozpoczynający sezon, z zapałem pierwszeństwa w „eksploracji” szlaku. Poprzedników nie było, woda płynie wartko lecz korytem szerokości od dwóch do pieciu metrów, pośród drzew liściastych, dość często zwalonych i krzaków utrudniających płynięcie. Głebokość, zbadana osobiście na pierwszych 100 m, ok. metra, na środku piaszczyste dno, z brzegu muł. Prawy brzeg przeważnie wysoki, lessowo-kredowy z bijącymi źródłami. Miejscami wapienne kamienie pod powierzchnią wody.
Mój debiut w górskiej jedynce mógł skończyć się tylko w jeden sposób, do tego pływanie zwałkowe takim kajakiem jest mi całkiem obce. Wsiąść trudno, bo i nogi nie chcą się dziwnie zmieścić, a i o przechył łatwo. „Stawiasz dziś!” – słyszę głos Szymka – „jak nastrój?”. „Co zrobić… płyniemy” – odpowiadam. Rzeka jest bardzo ładna, kręta, powyżej poziomu wody, na wysokości ok. 1,5 metra widać uczepione gałęzie, dawne zatory, ślady po wylewie sprzed trzech lat. Niestety, bliska obecność wsi sprawia, że jest bardzo brudno. Każda zwałka to zator z płynących butelek, plastiku i styropianu. Bijące źródła leją swą krystaliczną wodę wprost do reklamówek i flaszek. Obraz nędzy i rozpaczy, piżmak płynie pośród zruszonych przez nas śmieci, ptak śpiewa na gałęzi, uwieszonej folią.
Po około 3,5 km po prawej stronie stoi bielona chata kryta strzechą. Warto ją kiedyś odwiedzić, choćby pieszo czy rowerem. Na pokonanej trasie są trzy przenoski. Pierwsza tuż za stawami, druga to gruby pień, służący za kładkę. W zależności od poziomu wody i umiejętności, możliwy do przepłynięci pod nim. Trzecia to sztuczny uskok, do pokonania w fartuchu, co też Bartek czyni. Słońce już kryję się za drzewami, w dolince wieje wietrzyk wzmagając uczucie zimna, zaczęliśmy przecież dopiero o 14, a dzień nie jest jeszcze długi. Czas kończyć, Bychawka Pierwsza, most i tu też stoi nasz samochód. Chłopaki jadą po drugi, zostawiony w Bychawie. Ja myję sprzęt. Odcinek liczy 7 km, pokonany w czasie dwóch godzin, wije się pośród łąk, miejsc widokowych i wartych zwiedzenia. Plan na lany poniedziałek – do ujścia w Osmolicach.
Jeszcze odnośnie metodyki opisu szlaków, tych małych i dużych. Kartka i długopis kompletnie się nie sprawdzają, nie ma na to czasu gdy nurt bystry. Pocieszam się, że rzeka przepłynięta została raczej dla idei, niż dla jej promocji. Natomiast ślad w GPSie użyczonym przez kolegę, Grzegorza Kasprzaka, zapisany bardzo dokładnie. Waypointy po spływie raczej nieprzydatne przez zapomnienie (czyt. nie nazwanie), czekają do ustalenia z mapami satelitarnymi.
W ten sposób dzień bynajmniej się nie skończył. Rozpoczynaliśmy sezon już za stołem, przy rozmowach z odwiedzonymi starymi wiarusami i Warszawiakami, płynącymi po Wieprzu, trwających do późnej nocy.
Zdjęcia dzięki uprzejmości Bartka.





0 Response to “28 marca. Jednak Kosarzewka”