Archiwum dla kategorii: Impreza

Dzień dziewiąty. Brześć

04.05.08

Ostatni dzień. Niby już wszystko przygotowane, kajaki powiązane na przyczepie od wczoraj, a jeszcze jesteśmy daleko od domu i o powrocie jeszcze się myśleć nie chce. Jeszcze ten dzień ostatni wypić do końca, najwięcej, łapczywie każda chwilę wspomnieć, zobaczyć coś jeszcze, jeszcze popatrzeć na chłopców z wędkami nad Piną, gdy bez trudu wyciągają kolejne ryby, gdy nasi, zniechęceni wędkarze złożyli już wędki.


Podróż do Brześcia dłużyła się, czas umijali nam Szymon z Marysią czytając przewodnik i informacje o mieście.
Stajemy na parkingu przed Twierdzą Brzeską. Część idzie zwiedzać muzeum kolei, część samą twierdzę.

Aleja ciągnie się szeroko, przybliżając się z wolna do kanciastegpo pomnika ciemnej, prawie czarnej, barwy. Na jego środku, niby wyłom ostrzy swe ramiona gwiazda, pod którą trzeba przejść. Unosząc głowę w tą swoistą bramę mimowolnie stałem się ofiarą nalotu, pomocnikiem zegarmistrza „purpurowego”, słuchaczem ognistego przemówienia. Głośniki to raz waliły bomby, warczały silnikami samolotów, a ja musiałem uciekać pośród krzyków kobiet i dzieci, to znów tykaniem obwieszczały nieunikniony koniec, to znów sypały sowieckimi frazesami o echach wojny, generałach itd. Patrząc tak w górę na krawędzie pięcioramiennej gwiazdy, zazębiające się, tworzące skomplikowaną siatkę, odnosi się wrażenie przemyślanego działania artysty, który to projektował, to po prostu ciekawie wygląda. Pozwala zrobić ładne zdjęcie światłocieni, nie widać już gwiazdy.
Jeśli sama brama może zrobić wrażenie to jak piorunujące wrażenie robi kolos oddalony o jakieś pięćset metrów. Betonowa rzeźba wielkości bloku mieszkalnego, z którego wyrywa się paskudna gęba muskularnego czegoś, pomalowanego szara farbą. Wzrok świdrujący ziemie, wargi wykrzywione, mięśnie obnażone, wygląda to wszystko tak jakby było nieskończone, bo miejsce, gdzie mogła by być druga ręka, to już betonowy kloc. Tylko sierp i młot skrzyżowane.


Zbliża się Dzień Pabiedy, 9 maja, czuję się to na każdym kroku. W miasteczkach i miastach słupy przyozdobione czerwonymi flagami, transparentami, plakatami patriotycznymi koniecznie z czerwonym elementem gwiazdy. W brzeskiej twierdzy dziś próba generalna, bo młodzi ubrani już galowo, wyczyszczone kałachy w dłoniach 15 – 16 latków, białe kokardy oślepiają blaskiem, bo słońce dziś tak pięknie przyświeca. Wspaniały dzień na meldunek, wspaniały by przemaszerować i dać się sfotografować mi, młodej parze składającej kwiaty pod gierojem. Już płonął znicze, może nigdy nie gasną, złożone wieńce dziękczynne.
Poszedłem do cerkwi, pięknej, bogatej. Ślub za ślubem idzie jak na taśmie. Można się zatrzymać, obejrzeć piękne ikony, posłuchać śpiewu babć, popatrzeć na wspaniały rytuał zaślubin, korony, haftowane ręczniki, stroje.


Jakiś jednak niesmak mi zostaje. Idę sam popatrzeć na lokomotywy. Nie mam już pieniędzy więc oglądam je przez ogrodzenie. Jak z filmów parowozy z gwiazdą na czele, już uśpione, stoją jeden za drugim.
Wejść można było grupowo, za 3 zł, z rabatem, przewodnikiem. Zwiedzać do woli wszystko, dotykać, zaglądać, otwierać, bez ograniczeń. Wycieczki dzieci były szczególnie rozradowane.
Usiadłem na ławce z Witkiem i polką z Brześcia, której mieliśmy przekazać dary wjeżdżając na Białoruś. Wtedy nie miał się kto po nie zgłosić i większość po prostu rozdaliśmy ludziom napotkanym na naszej drodze. To co zostało plus to co każdy ofiarował ze swojego majdanu zostawiliśmy kobiecie.
Zakupy robili nie zaopatrzeni. Baśka, Szymon, Marysia, moja siostra i ja poszliśmy przyjrzeć się mijanej po drodze cerkwi. Pięknie odnowiona, seledynowo – biała, gościła znów młodą parę. Tu śluby odbywają się w niedzielę.


Granica. Paszporty, karty, które wypełniało się przy wjeździe i pytanie, które musiało paść, a którego wszyscy się bali. „A gdzie wy mieszkali, gdzie wasz meldunek?” – na co Robert wyjął odręcznie wypisany rachunek za hotel, w którym mieszkał, w czasie gdy my pływaliśmy Stwigą.
„No dobrze, tam jest sklep. Biegnij po flaszkę, tylko tak, żeby jej kurwa nikt nie widział!”. Nie było już rubli na wódkę, trzeba było jeszcze coś wykupić wyjazdowego glejtu, wszyscy zrzucili się na 5000 tyś rubli. Całe 5 zł.
Wódkę poświęcił Szymek, Robert, elegancko w teczuszce zaniósł ją pogranicznikowi. Rozpadało się a my wciąż stoimy, załatwiona sprawa, paszporty w kieszeniach i nic. Robert pyta urzędnika, dlaczego – „no jak pojedziecie, napada wam do kajaków, tam u was nie ma miejsca by stanąć pod dachem”. Bardzo miło z jego strony.
Bug, miła pani w budce z biało czerwonym na ramieniu, celnik zapytał o przemycanych ludzi i pojechaliśmy. Gdyby nie ten postój, wszystko trwałoby 20 minut.
Lubartów. Wyrzucamy chłopaków ze Szczykarkowa. Pomagamy nosić ich kajaki na posesję.
Lublin. Chatka Żaka. Część spływowiczów wysiada tutaj, część jedzie nad Zalew Zemborzycki. Tu też odbiera mnie ojciec. Wróciłem ze spływu.
Odprowadzający przyczepkę na ogrodzony teren zakopali Tranzita. Trzeba było sprowadzić ciągnik by wygrzebać z dołu samochód. Dla nich wyprawa skończyła się znacznie później.

Tam jest propaganda, ale i u nas też jest dobra propaganda. Białoruś nie jest krajem, który odpowiadał mojemu wyobrażeniu wykreowanemu głównie przez telewizję. Że ludzie nie mogą tam żyć, wszędzie kręci się milicja i właściwie wszyscy są podejrzani. Są tam rządy silnej ręki, i większość ludzi jest z tego zadowolona, mają co jeść, na czas wypłacane pieniądze, żyje się im szczęśliwi i dobrze. Oni nie chcą polityki, a swoją wolność i tak mają. Jeśli chcą to piją, a jeśli chcą to pracują na swoim. Przyznaję, że widziałem Białoruś przez pryzmat wsi, konserwatywnej w swych poglądach. Wsi, której lepsze czasy nie są potrzebne, bo wymiera. Ale i miasto zobaczyliśmy. Ładne, wystrojone dziewczyny, bogate samochody, porządek, który polskie miasta mogłyby pozazdrościć, równe drogi, sklepy, w których uginają się półki, żywą kulturę i życie zwykłych ludzi.
Tam można jechać i nie ma czegoś takiego jak mur, nie trzeba się niczego bać, to przecież tak blisko. Kraj znany mniej niż Francja, Hiszpania czy Włochy, nie wiem dlaczego. Tam nic się takiego nie dzieje, tam jest normalnie.
Tylko inaczej.

I tak nie wszystko opisałem, wiele przemilczałem, wiele nie chciałem zobaczyć. Dziękuję szczególnie za zdjęcia, którymi przyozdobiłem tekst, nie pytając ich autorów o zgodę.

Dzień ósmy. Pińsk.

03.05.08

Nurzając się w wysokiej, nie koszonej trawie zwiedziliśmy w Pińsku cmentarz przy ul. Hajdajenki i po raz pierwszy od wyjazdu z Polski, mogliśmy czytać napisy w ojczystym języku. I tak uprzątnięty teren, krył wiele pięknych nagrobków katolickich, kutych krzyży, ciężkich płyt. Część żydowska nie miała nic wspólnego z kirkutami jakie znam z lubelszczyzny. Stalowe, toporne płotki wysokości pół metra ogradzały paskudne płyty lastryko, tworząc wąskie labirynty kluczące miedzy sztucznym kamieniem i metalem. Okropność. Gwiazdy Dawida mieszały się z pięcioramiennymi gwiazdkami sołdatów i komunistów. Jeszcze tylko przeszliśmy przez wojskowe mogiły niemieckie, może austryjackie, ładnie odnowione.

cment-kopia.jpg
Dojechaliśmy do centrum miasta zatrzymując się nad Piną, u skarpy dawnego kolegium jezuickiego, a przy rzecznym dworcu. Stąd udaliśmy się do Muzeum Polesia, niezbyt bogatego w zbiory ale i taniego. Części etnograficzna, archeologiczna, dotycząca wojny obszerna, malarstwo, cóż tam jeszcze było… wypchane ptaki i ssaki w złym stanie stały w dwóch umalowanych w krajobrazy, naturalne warunki, salach. Dwie salki historii Polski, jedna lat 20, ładnie udekorowana sprzętami w stylu art deco. Na korytarzach wisiały fotografie generałów, stały pomniki przodowników pracy i jeden szczególny – tłumaczącego Leninowi swą pracę, poligrafa. Jaki był ciekawy zawodu…

etno-kopia.jpg
Na dawnym placu targowym, wyłożonym kostką stoi wielki Lenin, uchwycony w pozie „kroku w przyszłość”. Śmiechy przy nim były ale co tu powtarzać.
Dziarskim krokiem…
Czymś co zwróciło większą uwagę były dawne polskie napisy reklam, wyłaniające się tu i ówdzie spod elewacji. Malowane tą dawną czcionką, tym stylem i projektem reklamy jakie wszyscy znają.
W widocznym miejscu, na jednym z budynków przy placu Lenina, idąc w stronę pofranciszkańskiego zespołu katedralnego, wisi coś jakby mapa z zaznaczonymi zabytkami Pińska, czytelna ale tak paskudna i malowana bez gustu, że wynika z niej tylko tyle, że prócz tych zabytków w Pińsku nie ma już nic. Wszystkie inne budynki bazgrane brązową farbą, zaznaczone są jako zgliszcza, ruiny ataku bomby atomowej. Wygląda to okropnie i coś takiego bynajmniej nie jest dobrą reklamą miasta.
Wspomniana już katedra jest pięknie odnowioną siedzibą biskupa. Przyjęła nas siostra zakonna, chętnie oprowadzając nas po świątyni, zakrystii, krużgankach opowiadając historię, pozwalając fotografować do woli okazałe wnętrza. Tu też zamówiliśmy msze za śp. Janusza Michalskiego i Leonarda „Gandi” Górskiego.

Widok na Katedrę
Rozstaliśmy się wszyscy, każdy idąc zwiedzać na swoją rękę. Jeść, pić, zwiedzać, kupować, kto co chciał bez przymusu. Obowiązkowe jednak było odwiedzenie księgarni. Zadziwiające, że nieduża księgarenka przy placu Lenina, ma bardzo ciekawe zbiory, dokładne opracowania etnograficzne, dział kartograficzny, wiele pięknych wydań albumowych, nad którymi spędziliśmy dużo wolnego czasu. A wszystkie w rozsądnych cenach, tak, iż wiele osób wynosiło po kilka książek, zwiniętych map, kart pocztowych. Na godzinę przed odjazdem z Pińska przeszliśmy się jeszcze spacerowym deptakiem wzdłuż Piny, wypijając w klimatycznym statku, rodem z „Rejsu”, kufelek piwa.

Widok na dawne Kloegium Jezuickie, obecnie Muzeum Polesia.
Noc spędziliśmy nad rzeką, z żalem nie zrzucając na wodę kajaków. Miejsce było brzydkie, bez porastających trawą polanek, jedynie wydmy piasku i nic więcej, kilka krzaków. Patrzyliśmy po sobie, ni to szukając miejsca, ni czekając na odjazd z tego miejsca. Zostaliśmy i spało się całkiem dobrze. W nocy trochę kropiło.

Dzień siódmy. Wysiadam z kajaka.

2.05.08

Rankiem …
Rankiem, Krzysiek opowiedział mi zasłyszaną historię o zastrzelonym Żydzie, który skonał na miejscu naszego obozowiska podczas próby ucieczki i tu też wrzucono go do dołu. Śladu mogiły, znaku czasu i pamięci nie było po nim nigdzie. Stary człowiek, który opowiadał, wspominał porządek „za Polski”, jako jedyny narzekał na Łukaszenkę, na rząd, biedę. Sam zbierał butelki, dorabiając w ten sposób do 150 zł emerytury. Nawet skupy – mówił – nie bardzo chcą brać od niego to szkło. Krzysiek z Romkiem dali mu największa konserwę szynki jaką mieli, on na to skromnie zapytał, czy sami nie będą głodni.

Spotkany na moście człowiek
Z Szymonem poszedłem do magazynu i po wodę. Starszy gospodarz z chęcią napełnił nasze bukłaki mówiąc, prowadząc nas na podwórko, „nasze chłopaki…”.
Płyniemy mijając wieś. Stajemy tylko na chwilkę za potrzebą.
Uzgadniamy, że dłuższy postój i wycieczkę kulturowo-krajoznawczą zorganizujemy w następnej, mijanej wsi.
Rychło, pobliską wioskę obwieszcza osobliwa przeprawa przez rzekę. Jej brzegi łączy stalowa linka, a do niej przymocowana jest tratwa na PETach. Do niej natomiast, przywiązany jest sznurek pozwalający przeciągnąć tratwę na swoją stronę. Pojawia się miejscowy z rowerem i dzięki niemu możemy popatrzeć na ową przeprawę.

Przeprawa
Do wioski prowadzi ścieżka przez las, a obok niej kręta droga dla dużych pojazdów. Wprost z lasu wychodzimy na asfalt ulicy Sowieckiej. Już z dalsza obserwują nas mieszkańcy siedzący na podpłotowych ławeczkach. Z gospodarstwa, które akurat mijamy wychodzi człowiek, i krótko z nim rozmawiając o cmentarzu położonym gdzieś w lesie, odnosimy wrażenie, że nie jesteśmy tu mile widziani. Mijamy tylko ławeczkę, kłaniając się przy tym, na plecach czując wzrok siedzących, idziemy do sklepu. Już tam opowiada chłop, że my na cmentarz chcemy.
W sklepie jest akurat kontrola, może inwentaryzacja, bo przed sklepem stoi wielka ciężarówka, a urzędnicy i sklepowa biegają miedzy stertami skrzyń. Obsługuje nas ładna, młoda sklepowa – rzadki widok na białoruskich wioskach.
Z Ewą na barana oglądamy szkołę, bibliotekę – wszystko w ruinie, za budynkiem szkoły, w starej szopie, piętrzą się ławki i inne szkolne sprzęty. Smutny widok. Chodząc tak, trafiam na wzrok jakiejś gospodyni. Z chęcią i Ewą, na plecach idę, może uda mi się znów cos stargować. Dziecko cieszy oczy każdej kobiety i wzbudza większe zaufanie niż osiłek w wojskowych spodniach. Przekrzykuję jazgocące, małe pieski, wyjaśniając skąd my i co bym chciał. I już słyszę to co wszędzie, że nikt tego nie haftuje, że oczy, że oddane, ale ciągnę do chałupy, co tam. Na ganeczku siedzi zdziwiona staruszka, strach widać na jej wiekowej twarzy.
Kupuję w końcu wyszywankę, kobieta długo upiera się, że nie sprzeda. Przekonuje ją zgoda męża, który spał do czasu mojego przyjścia. Poczęstunek drożdżowym ciastem wieńczy interes. Ewa wolałaby cukierki, które małej daje kobieta, ale dziecko nie moje, może nie mu można. Ciągnie mnie zniecierpliwiona, ale dzielna, do grupy naszych. Biorę plecak, w którym miałem ciasta z Solidarności i wracam, by odwdzięczyć się za gościniec. Już babcia z większą ochotą, uśmiechem i zaufaniem przyjmuje podarek.
Wychodząc ze wsi rozmawiamy jeszcze z ludźmi z ławeczki. Macie tam kogoś? A po co wy tam chcecie iść? Na pewno sami nie traficie, tam dużo ścieżek! I nikt z nich nie podnosi się by nas zaprowadzić na cmentarz, odchodzimy zawiedzeni po ich reakcji. Ale i wioska dawniej przecież radziecka była, i mentalność ich dawna jeszcze.
Błądzimy po sosnowym lesie szukając cmentarza. Prawdę mówili mieszkańcy, że bez przewodnika, którego oni nam nie zapewnią, sami nie znajdziemy drogi. Trafiają nań w końcu Szymek, Szymon i Romek, mówią, że jest to cmentarz jakich wiele i nie idziemy wszyscy by go zobaczyć.
Płyniemy dalej zatrzymując się w wiosce po stronie dawnej polskiej granicy. Pichcimy kaszę, która jest nie lada urozmaiceniem, z przyprawą ziołową i konserwą smakuje wyśmienicie. Apetyt wzmagają mi i wyostrzają Trzy Niedźwiedzie – dobre rosyjskie piwo.
Postanawiamy ruszyć jednak do wioski dróżką między z rzadka rosnącymi dębami. Podwijamy nogawki, bo drogę odcina nam małe bagienko.
We wsi natykamy się na Truskawkę i Marysię – przestraszone opowiadają nam jak to pewien Iwan, podniesionym głosem zaprasza je do siebie na poczęstunek. Robił to tak energicznie, że te biedne pouciekały w trwodze. Wioska już wie za jego staraniem, że Polacy przyjechali.
Dwóm babciom stojącym na drodze daję ciastka, słysząc wzruszenie w głowie i w słowach „synku….”. A zaraz po tym znów zjawia się Iwan w militarny ubraniu i krzyczy „Wsie ku mnie, wsie ku mnie…” i tak w kołomacieju. Wchodzimy więc sporą grupą na podwórko a z izby wypada okropna baba, spita, wyrwana z łóżka, w którym widocznie trawiła niedawno pity alkohol. Z krzykami „polaki sraki” itd. wygania nas, „kołhoza mi tu nie trza…”. Wychodzimy na szosę by ugasić awanturę, rozładować napiętą sytuację. Iwan znika w chałupie ale zaraz biegnie za nami intonując znaną nam już śpiewkę „wsie ku mnie…”. Kobieta już udobruchana zapowiada większą wypitkę. Niepostrzeżenie, z Szymkiem uchodzimy z obejścia przyśpieszając kroku by nie dotarły do nas słowa fatalnego zaproszenia.

Taaaka ryba…
Idziemy na cmentarz, na którym znajdujemy rozwiązanie zagadki słowa „Białostockie”, które raz po raz padało w czasie rozmowy. W naszym rozumieniu oznaczającego pochodzenie, może miejsce gdzie mieszka rodzina rozmówcy. Napisy na połowie nagrobków to nazwisko Białostocki. Iwan także pochodzi z tego rodu, oboje jego rodziców było Polakami. Gdy tylko dowiedział się kim jesteśmy, zagrał w nim sentyment i chęć ugoszczenia rodaków.
Wchodzimy na powrót do Iwana, kochanka, jak się okazało, mocno już rozochocona obściskuje Wicia. Przed domem biega wielki świniak, spaceruje koń obskakiwany przez psy, a nasi patrzą na to widowisko jak zadziwione dzieci. A nasz gospodarz, ze zgrzebłem w jednej ręce, to poczesuje przywoływane imieniem prosię, to drugą ręką podaje tłustego stakana z mętnym bimbrem. Widok zadziwiający przeradza się w osobliwy, gdy przepasany flintą, wnosi na stole suszone lub wędzone ryby. Twarde, trzeba je żuć powoli, by mięso uwolniło smak pozbawiony charakterystycznego aromatu rybiego. Z grzbietowej części chyba zepsute.

Nie pamiętam jak prosiak miał na imię ale biegła, gdy tylko je usłyszał.
Szymon zapisuje tym czasem od kobiety adres, by wysłać zdjęcia, kilka słów w podzięce.
Stakan krąży miedzy wszystkimi, lepki, tłusty, sterylizowany co chwila nalewanym samogonem. Tak samo szybko jak pojawił się stół z rybą, zaraz i zniknął za drzwiami chałupy, a my wychodzimy jakby nam kulturalnie dano do zrozumienia: „popili, pojedli – już was ugościłem, więc dziękuję, wyjdźcie…”
Iwan znów wyskakuje i krzyczy znane zdanie. Tym razem prowadzi nas do swojego domu. Trochę machając ręką na godzinę i pozostały nam dystans, idziemy. Braknie miedzy nami gospodarza, tym razem machając ręką na niego, wracamy do kajaków. W drodze spotykamy starszego pana, który śpiewa nikomu z nas nieznaną piosenkę o ułanach. Nad rzeką opowiadamy o powodzie przedłużającej się wizyty w wiosce.
Płyniemy rzeką mocno meandrującą i zakola mijające się prawie przerywają brzegi, muszę jednak opływać je, nie widząc nikogo z przodu. Jestem zmęczony, może mi się też nie chce, gdy wiem, że to ostatnie chwile, które spędzam na Białorusi w kajaku.
Słyszę od pewnego czasu donośny szum drogi, prawie huk, który roznosi się po lesie i rzeką – po tylu dniach ciszy, ten dźwięk napawa mnie odrazą, a jednocześnie zwiastuje koniec i możliwość wyprostowania nóg.
Most, żelbetonowa konstrukcja wyłania się na jednym krańcu lasu i brzegu rzeki i niknie na drugim. Już widzę kajaki, płynę z rzadka muskając wodę piórem. Zbliżając się do mostów zawsze tak robię by jak najwięcej ludzi śmigających samochodami mogło mnie zobaczyć w tym dostojeństwie dryfu. By widzieli i zazdrościli, że oni tam, pędząc, a ja tu, nie wiedząc jaki mam dzień tygodnia – płynę.
Robert nie chce jechać dalej, stajemy więc w sosnowym lasku nad wysoką skarpą w bliskiej odległości od szosy. Nie wszyscy są zadowoleni z szumu, przenosimy się więc troszkę dalej z namiotami.
Ognisko płonie do późnej nocy. Próbujemy śpiewać piosenki z repertuaru Czesława, słabą znajomość słów rekompensujemy chóralnym mruczeniem. Niektórzy zmęczeni pokładli się przy ognisku, grzejąc swe styrane plecy.
Takim, pozwalamy się odmeldować.

Dzień szósty. Z ludzmi spędzony.

1.05.08
Słucz różni się diametralnie od Stwigi i jej linia brzegowa jest inna, podobna do Wieprza. Często meandrująca z wysokim brzegiem, w których gnieżdżą się zimorodki, kolonie jaskółek brzegówek, i od początku towarzyszące nam wszędzie pliszki.
Mijamy po lewej elektrownie wodną, do której odprowadzony jest kanał. Zaraz też spotykamy spiętrzenie wody i pierwszą przenoskę. Sprawnie radzimy sobie na przeszkodzie i jeszcze chwilkę, walcząc dla zabawy z nurtem, płyniemy dalej. Wzdłuż rzeki stoją samochody, od czasu do czasu warczy gdzieś motocykl, biesiadnicy ze sterczącymi wśród szuwarów wędkami kłaniają się nam, zagadują. Stopniowo robi się ich niewielu, czasem jeszcze jakiś tubylec, który przyjechał rowerem, moczy kij w wodzie.

Wioska
Koło południa docieramy do wioski leżącej na prawym brzegu. Droga do niej prowadzi przez zalaną łąkę. Zdejmujemy buty, podciągamy nogawki i już stoimy pod dużym, drewnianym, witającym nas krzyżem. Idę sam, jak zwykle, by wejść w to miejsce, takim jakie ono było przed naszym przybyciem, by ukłonić się, porozmawiać, zaspokoić niewiedzę mieszkańców, ich lekką obawę i zaniepokojenie. Siadam przed pierwszą chałupką gdzie zobaczyłem kobiety, obserwujące mnie z daleka. Mówię, już nauczony – Zdrastwójte. Inne przywitanie spotyka się z dziwnym spojrzeniem, ale wieńczone jest odpowiedzią. I wykładam o co mi idzie. Będąc w Turowie zaczerpnąłem języka, gdzie można kupić rzeczy haftowane ręcznie. Sprzedawczyni tylko pokiwała głową z lekkim uśmiechem i mówi mi – A tolko w derewni! A ja – I szto, puiti do babuszki w derewni i sprosit’? – A ona – Da!
No i tak też zrobiłem, ale najpierw musiałem wytłumaczyć kto ja jestem, skąd, po co i że tylko dla turystyki. Na raz słyszę maszyna jedzie i przy mnie staje, a z czerwonego tranzita wysypuje się banda chłopów i dawaj babuszki obskoczyć. Co tam się działo, baby całować, zdjęcia z nimi robić, a śmiechu, kobiety płakały z tej nagłej i nieoczekiwanej napaści. Rabanu tylko narobili, przejechali przez wioskę jak wicher, zostawili podarki, o drogę spytali i już ich nie było. Znów sam zostałem, a babom tłumaczyć musiałem co to za jedni i że szczęście, pojechali. Już na spokojnie rozpytuję o wyszywaniki ale głowami kręcą, że córkom pooddawały, że od młodości nie szyją, bo i nie ma dla kogo. Ale chłop, maż jednej słuch, słucha, ośmielił się i dom mi pokazuje do którego iść mam. Na podwórku stoi starszy mężczyzna, wyszedł ten gwar usłyszawszy i maszynę, a szczególnie pasażerów. Znów mówię o co mi chodzi, a on żonę swoją woła i na pokoje mnie prowadzi. Opowiada jak to jedną polską klasę kończył, hymn polski mi śpiewa. Żonę przedstawia, która cztery lata do polskiej szkoły chodziła ale słabo pamięta, już słowa nie zna. Dziadek troszkę mówi, i ładnie, z akcentem, ale słówka pojedyńcze.
W domu pięknie, czysto, poduszki na łożu piętrowo ustawione, każda haftowana, a co mniejsza, to wzorek ładniejszy, delikatniejszy, a ten sam motyw na każdej. I na ścianach to samo, płótna kwiatami haftowane. Nieśmiało z szafy obrusy wyjmuje, ale już widzę, że ten najstarszy mi się podoba. Wyciąga i poszewki i inne jeszcze makatki, na ściany, na łóżko zaścielenie. Różne rzeczy miała, jak to w szafie babcinej. Złożone i czekające śmierci właścicieli tylko.
Chętnie sprzedała lecz ceny powiedzieć nie mogę, później przed sobą wstyd mi było, bo i Polacy to przecież, a wyszło jakbym ich ocyganił. Ale z drugiej strony im to już na co, a ja przecież nie dla zarobku to cudo ręcznie haftowane kupiłem, ale na pamiątkę po nich. Po tym kraju. Do komórki zajrzałem jeszcze, gdy mi jaj babcia dać chciała. Stała w niej piękna lampa naftowa, ale już nie miałem śmiałości, słoje z sałem, marmolady i inne przetwory. Zakątek w domu piękny i jeszcze nie jedną rzecz krył w sobie. Rozmawiam jeszcze z dziadkiem o życiu na Białorusi, o emeryturze, która u niego wynosi tyle co 300 zł, o tym jaki żywioł chowają, gdzie młodzi, bo wiele chałup dechami zabite, wioska wymiera. O eternicie na dachu, że kazali w 60 latach położyć i tak leży. I innych jeszcze sprawach, na ile język pozwolił. Już tych jaj nie chciałem, choć później Szymon, mówił, że by jajecznicy pojadł.
Wracam na skrzyżowanie dróg i swoich widzę, opowiadam w drodze na cmentarz jak to mnie goszczono, jak to Robert ludzi wiózł i napad uszykował. Obrus z gazety odwijam, pokazuję i słucham dumny, jaki piękny. Przechodzimy koło dawnego kołchozu stojącego w ruinie, skręcamy na lewo, na wzniesienie, które jest cmentarzem wiejskim. We wsi jest jeszcze dom kultury i dom, w którym przyjmuje dojeżdżający do wioski lekarz.
Szymek opowiada mi z kolei ich historię o posądzeniu szpiegostwa na niemiecką rzecz. W drodze powrotnej, kobieta udobruchana już, sama śmieje się do Szymka, że ona myślała że my „szpiony ili germańce”. Jej córka taka miła wciąż nie jest bo milicję chce wzywać, wygania nas, na zdjęcie zrobione psu, przypominającego hienę, jeszcze większe larum podnosi. Widać jedno w drugie się wdało.
Odchodzimy do kajaków, w niektórych chałupach zamęt zostawiając, a u innych radość. Ale u krzyża, nad rozlewiskiem widok się roztacza z górki, na drugą część wioski. Już bez drogi asfaltowej, z mniejszymi domkami, płotem równiutkim ciągnącym się wzdłuż chatek i szerokiego gościńca. Schodzimy z górki ja, Szymon, Szymek z Ewą i Agnieszką. Pozazdrościła mi Agnieszka wyszywanek i obiecałem jej, że załatwię. W ostatniej chałupie, po rozmowach, z kobietą, która wiedziała co jest na rzeczy, kupiła i Agnieszka wyszywnkę.
Popatrzyłem jeszcze zagrody opuszczone, w okna zabite deskami, drzwi zakryte, wieś białoruska umiera. Na starych komórkach zachowały się jeszcze oryginalne krycia dachowe, jakby szczebelki z drewna, nie strzecha.

Stary sposób krycia dachów
Z handlu wracając, z jednej z chałup kobieta przed nami ze słojem wybiega, kłania się nam ładnie, z uśmiechem, szybkim krokiem na ławeczkę zmierza po drugiej stronie gościńca. Tam już Szymon na środku siedząc, cieszy się, darowane pestki z dyni łupie, rozmawia, dokazuje z kobietami. A i słój dla niego, w środku mętny, prawdziwy sok brzozowy. Jeszcze rozmowy zdań kilka. Kobieta, która Szymona obdarowywała teraz jest na emeryturze, zadowolona, bo u nich wcześniej. A nauczycielka języka białoruskiego była, mąż jej na kolei pracował. I tak im mija życie, mówiła, szczęśliwa, żeśmy do nich przyszli, porozmawiali.

W gościnie
Po pół godzinie płynięcia stanęliśmy na obiad. Na wysokiej skarpie stała solidna, drewniana ława i siedziska z oparciami wydłubane z drewnianych kloców. Wygodnie było, apetyt był i dwie flaszki pękły do sała Błażejowego, zawiniętego w gazetę z 88 roku.

Co tu duzo mówic… sało i dyrektorska
Już płynąć ciężej było, na dryfie wszyscy skubali pestki i w ciszy rzeki, popołudnia czekaliśmy, aż miejsce noclegu, wieś Lenin, sama się przybliży.

Oj ciężko się płynęlo.. aż motorek zawarczeć musiał…

Spotykani wędkarze sugerowali zbliżanie się do celu. I faktycznie, na szeroko rozlanej rzece ukazał się most, który wyglądał, jakby za chwilę miał się zawalić. O dziwo śmigające tylko po nim samochody wydawały dźwięki gromów, burzy, a drewniane przęsła, jak stały tak stały dalej.
Powolutku wyciągnąłem kajak na brzeg i poszedłem w stronę nieodległej wioski. Z Szymkiem i Agnieszką chodziliśmy jeszcze za wyszywanką. Babcia radowała się nas widząc, owszem, pokazywała pięknie haftowany krzyżykiem obrazy, w tym uosobienie Białorusi, ale do sprzedania nic nie miała. Wszystko oddała córce. Ewę tylko cukierkami poczęstowała, ja oglądałem z zachwytem podcienie domu. Tym samym już wszyscy o nas wiedzieli, już rozmowy, znajomości były pozawierane, wstępny grunt przygotowany, grupki w których stali kajakarze znały imiona, zawody, rodzinne sekrety, osób z którymi rozmawiały. To tego siostra, a to tego kum, ona klnie po polsku i śpiewa, syn jednego dobry, w mieście, inny pije, ten był w specnazie i bić się chce, i tak do późnego wieczora, zakrycia magazynu.

Dom stojący na ul. 17 września w Leninie!
Stałem z Fiedią, człowiekiem około 60, rozmawialiśmy o różnych rzeczach, i o polityce. Choć ograniczałem się do słuchania. Wygłosił mowę o Łukaszence, wyraźnie z niego zadowolony, zresztą, tak jak wszyscy. Mówił „on nie uczonyj, on umnyj”, on bez ojca się wychował i dlatego jest twardy, on pracował od kołchozu i dlatego doszedł tak wysoko, stopień po stopniu i wam by go dać na pół roku i on by porządek zrobił w Polsce. Aż żona po Fiedię przyjechała rowerem, pokrzyczała i przykazała, że spać będzie pod drzwiami. Pytał czy o nim nie zapomnę, mówił, że mnie „uważa” ale musi iść. Dałem mu na pamiątkę 5 zł, nic innego z Polski nie miałem. I tak do rozkładania namiotu zagnała mnie noc, a Fiodora kobieta.

Dzień piąty. Zakończony nad Słuczą.

30.04.08

Deszcz ustąpił, jednak niebo wciąż było mocno zaniesione. Na śniadanie zjadłem z chłopakami ciepłe i pożywne kluski. To postawiło mnie na nogi i podbudowało, rekompensując kiepska pogodę. Za to co nam się wczoraj dostało, nie byliśmy tacy skorzy do płynięcia na czele, ale i czasu było pod dostatkiem. Wkrótce więc jednostki połączyły się przechodząc w leniwy, zakrapiany dryf. Wcześniej wielkie poruszenie wywołały krowy i pasący je poleszuk. Dobry deń – krzyknąłem zdejmując czapkę – Dobry deń! – odkrzyknął. Ot kuda wy płynietie? – My s Polszy – odpowiedziałem, co miało znaczyć, że z bardzo daleka. Miarowo pojawiać się zaczęły eternitowe dachy chałup, całe wsie, skiby zaoranych pól. Dopłynęliśmy też zaraz do małego, drewnianego mostku. Tu analiza, konfrontacja z mapą, odpowiedziała nam na pytanie, że kawałek jeszcze musimy podpłynąć, aż do mostu na głównej drodze, gdzie umówieni byliśmy z Robertem.

Rozlewiska, pobliska wieś, mostek.

Meandrująca rzeka niespodziewanie rozlała się na wielkim obszarze łąk, tworząc jezioro, na którym nie sposób było poznać, ni koryta Stwigi i uchodzącej Moctwy, ni nurtu. Płynęliśmy między kępami łozin widząc na horyzoncie most Korotycki, a po prawej, na wysokim brzegu, cmentarz. Ku niemu dobiliśmy celem zwiedzenia. Zadziwiły szczególnie jajka, stakany z wódką i cukierki położone na grobach zmarłych. Bowiem Wielkanocne Święta poprzedzają Święto Zmarłych – czas odwiedzania grobów bliskich. W najwyższym punkcie porośniętym dębami zdobnymi w barcie, pośród medalionów z poleskimi twarzami, odkryliśmy wizerunek młodego człowieka w polskim mundurze w randze podporucznika. Witek zapalił na tej mogile znicz.

Korotycki cmentarz

Po obmyciu kajaków, przepakowaniu, załadunku, wyruszyliśmy w dalsza, lądową drogę z czekającym już na nas Robertem.

Turowska Prypeć

Turów, miasteczko z 980 r. urzekło nas prypeckim rozlewiskiem, po horyzont kluczącym między kępami drzew, trawami rzecznymi i okrągłymi krzewami wierzb. Przejaśniło się całkowicie i aura pozwoliła zrobić potężnej, leniwej rzece kilka fotografii. Cześć grupy wyruszyła na pobliską górę zamkową, pozostali robili zakupy i integrowali się z turowianami. Tu także zjadłem w towarzystwie Szymona smaczny obiad za ok. 7 zł. Nad Słucz dotarliśmy ok. 6 po południu. Rozbiliśmy obóz na polance nad pięknym klifem, prze zakręcie rzeki, po prawej mając sosnowy lasek.

Wysokie brzegi Słuczy

Dzień czwarty. Tak, to by się zgadzało…

29.04.08
W nocy i rankiem mocno padało, intensywnym, drobnym deszczem, który o 6 wpędził mnie z powrotem w śpiwór. Wstałem jednak raczej z nudów niż chęci do dalszej drogi. Szczapkami sosny roznieciłem ogień, w którym tlił się jeszcze nikły żar i już zaraz inni z kawą, zupkami, stali przy rozgrzewających płomieniach.
Namiot zwijałem mokry, uwijając się bo moja grupa wyruszyła chwilę wcześniej. Do ciernikowej paczki dołączyli chłopaki z MPWiKu – w ich wiosłowaniu widać już zgranie i gonić za nimi jest pewnym wysiłkiem. Tylko miarowe pociągnięcia piórem i wynajdywane sprytne skróty pozwoliły mi dojść ich na ostatniej prostej rzeki, gdzie w oddali rysowały się już sylwetki osób przy umówionym moście. Były to już tylko bale sterczące wszerz rzeki, a dawną świetność potwierdzała szeroka, piaszczysta droga.
Nią też rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę, stając wcześniej na lewym brzegu. Zaplanowana poprzedniego dnia wyprawa do cmentarzyska czołgów wiodła nas piaszczystą drogą, mapą, przewodnikiem ku wydmom dawnego radzieckiego poligonu położonego na Olmiańskich Bagnach. Nasz szlak początkowo prowadził wzdłuż rozlewiska Stwigi, tak iż po lewej mieliśmy podmokły brzozowy, młody lasek, a po prawej sosnowy bór. Znać w nim było niszczycielską siłę ognia, opalone pnie i sterczące kikuty sosen. Droga odbiła teraz od wody i weszliśmy na wydmy, patrząc raczej pod nogi niż na najbliższą okolicę. Godzinna wędrówka wyprowadziła nas z lasu, w którym raz po raz ziemia ukazywała nam swoje stalowe płody. Początkowo małe części, poszarpane opony i płaty duraluminium, w końcu kabiny samochodowe.

TankietkaPierwsze pojazdy wypatrzyłem na rozległej polance porośniętej niską sosną i brzozą. Były to dwie ładne tankietki wybebeszone z całego swego sprzętu wewnętrznego. Pordzewiałe karoserie wzbudziły optymizm zbliżania się do głównego składowiska złomu. Kolejna amfibia była ukryta w głębi zarośli. Znalazłem ją biegając między drzewami, oglądając się na koleiny starych dróg, miedziany kolor porostów i piasku.
Bezowocnie idąc dalej zapadła decyzja o wejściu w las i tam rozejrzeniu się za czymś nowym, ciekawym. Już po paru krokach i to przyniosła wyprawa. Uderzył w nas przyjemny zapach roślin bagiennych, wody, i ustępującego pod naciskiem stóp gruntu. Z każdym metrem woda podsiąkała mocniej, kępy trawy zagłębiały bardziej, nie dając na tyle oparcia by utrzymać się w suchości. Zmęczyło mnie to brodzenie nie na żarty, a co chwilkę ulewająca się w kalosze woda chlupała jakby z radością. Podśmiewając się i ze mnie i z innych, ale radość udzieliła się wszystkim, bo miejsce było piękne, choć wymagające. Zdecydowaliśmy o powrocie, nie było sensu brodzić tak nieprzygotowanym w wodery. Kalosze, sandałki i bose nogi złym były uposażeniem na taka wyprawę. Przy okazji Basie wystraszył wąż.

Bagno rosnące na Bagnach Olmiańskich
W powrotnej drodze spotkaliśmy drugą grupę zainteresowanych poligonem. Po zlokalizowaniu miejsca na mapie i konsultacjach z Szymkiem, zaniechaliśmy dalszej wyprawy ograniczając się do penetracji pobliskich wydm – znaleźliśmy jeszcze kilka amfibii, szmelcu ze stali i opon utopionych w dużych lejach po pociskach.
Przy kajakach czekało (czekało ale samo się nie zrobiło, uśmiech Agnieszce) nas już ognisko, gorąca herbata, kluski z konserwą, sosem pomidorowym, groszkiem i marchewką. Smakowało jak nigdy bo przez poranny deszcz nie chciało mi się robić nawet śniadania. Jadłem dżem z otrębami. Na stronie, z Witkiem wychyliliśmy szklaneczkę wina. Marudził bardzo, że nie w smak mu już wszystko – żal było odmówić – Ot dobre! – zachwalał.
Wyruszyliśmy dalej około 15, już w deszczu, w sztormiakach.
Po prawej stronie mijamy wzniesienie, według mnie i mapy wynikało, że jest to pozostałość dawnej wsi. Szymek mówił, że za wcześnie, zbyt blisko rzeki. Wysiadłem z kajaka i wdrapałem się na stromą górkę. Stanąłem ku swemu zdziwieniu na szczycie wału o średnicy około 15 metrów z wyraźnym wejściem, wyrwą w nasypie. Całe to miejsce ogrodzone było płotem sosnowym, do niego zaś prowadziła, widać uczęszczana, droga. W pobliżu kurhanu, miejsca kultu, śladu po meteorycie, bo i takie domysły padały, stały ule i barcie.
Ciągle padało, a zmęczenie pieszą wędrówką dało się we znaki, tak iż około 16 padła propozycja Rafała by rozbić biwak w ładnym miejscu, które akurat mijaliśmy. Grupa zgromiła ten pomysł, rychło okazało się, że końca rozlewisk upatrywać blisko nie można. Napotykane z każdym kwadransem miejsca ewentualnego noclegu po bliższej eksploracji stawały się mało atrakcyjne, za to skutecznie zmierzch przybliżające. Marysia płynąca na czele słuchała skarg, ale i też ona znalazła wspaniałe miejsce wśród starych dębów, z zapasem paliwa, suchą łączką. Było już dobrze po 18, gdy zmoknięta, ale szczęśliwa grupa dobijała do brzegu.

Deszcz padał
Dwie kępy trawy gniotły mnie w boki tej nocy niemiłosiernie lecz nie było czasu by szukać dogodniejszego miejsca na namiot – padało bardzo mocno i obozowisko wyrosło w mgnieniu oka.
Wszedłem do namiotu z zamiarem zjedzenia kolacji ale przerywał mi ją to gromki śmiech, to odgłosy pracy. Zaciekawiony wyjrzałem, a ukazał mi się osobliwy widok – rząd chłopaków szarpiących napiętą linę uwiązaną do uschniętego dębu, który nie zdążył zwalić się jeszcze do wody. Kierowała nimi Basia z Witkiem. Lina to raz napięta, to znów sprężynująca, przewracała chłopów jak zapałki, zdrowo kołysząc też i drzewem. W końcu kolos runął, na tyle szczęśliwie, że nie na kajaki, a na tyle niechybnie, że do wody. Paweł tylko wspinał się na powalonego kikuta, przywiązując linę do gałęzi, które urywane latały w powietrzu niczym liście. Szczęści, że nikomu nic się nie stało. Na przekór deszczowi, nastroje tego wieczora były jak nigdy dotąd. Ognisko strzelało ku niebu kroplami światła, jakby w triumfie nad wodą z nieba, czego świadectwem były całkowicie wysuszone ubrania.

Dzień trzeci, w którym porzucam rachubę czasu.

28.04.08
Wcześnie rano budząc się w namiocie bałem się o pogodę. Widno już było ale słońce wciąż nie przyświecało i nie mogłem się zagrzać. Zmarzłem w nocy i zimno obudziło mnie przed świtem, wstałem też i ubrałem sweter. Palenisko było zalane wodą tak iż na wczorajszy żar nie można było liczyć. Drobnicą rozpaliłem ogień, a grono powiększało się z każdą chwilą i ciepłą mocą rozkwitających płomieni. Pierwszymi byli Szymon, Marysia, która akcją nazwaną żartobliwie „jeden dzień, jeden poznany ptak, przedstawiła nas kszykowi (Gallinago gallinago). Mały ptaszek latał nad nami wydając charakterystyczne odgłosy buczenia. Ich tajemnica tkwiła w lotkach, przez które przebijające się z pędem powietrze wydawało owy dźwięk. Kolejno wstawali inni spływowicze.
Stałym składem wypłynęliśmy w pierwszej grupie, umawiając się uprzednio na moście w Kołkach. Rzeka początkowo płynęła szerokim korytem między porastającymi brzegi dąbrowami, brzezinami i sośniakami, stopniowo się zwężając. Liczne odpływy na rozlewiska wydawały dźwięki zburzonej wody i kaskad. Pierwsze trzcinowiska nie przypominały tych z Prypeci. Tu i tam zieleniły się, a w bliższej odległości sterczały kikuty dębów i brzóz. Całe usiane dziuplami i zamieszkałe niczym bloki.

bialorus-2008-041-kopia.jpg
Meandry w trzcinach były częste ale i szybko ponownie wpłynęliśmy w las, gdzie rzeka trochę się wyprostowała. Mieliśmy sporą przewagę i uznaliśmy, widząc małą zalesioną polankę, że będzie to dobre miejsce na postój. Otworzyłem wino, wypiliśmy, a ja z radością słuchałem pochwał.
Przewaga nie była tak duża jak myśleliśmy, oczekiwaliśmy ok. 13 minut, zaraz też popłynęliśmy dalej. Na brzegu, gdzie można było po rozlewisku sięgnąć dalej wzrokiem, wypatrzyłem pojazd z czasów wojny. Zardzewiała tankietka stanęła na zawsze na skraju lasku, prezentując swe rdzawe kolory utopione w wysokiej trawie i krzewach przedpola drzew.
Zaczęło wiać gdy dotarliśmy do ogromnych rozlewisk utrudniających nawigację. Pierwszy kajakarz musiał wyznaczać kurs płynąc pierwotnym korytem rzeki. Brzegi jej porastały większe kępy traw i na czuja dało się ustalić prawdziwy jej bieg. Płynący dalej, widząc z odległości meandry, mogli skracać sobie wodną drogę ku swej wielkiej uciesze. Punktem orientacyjnym widocznym z oddali było piaszczyste wzniesienie, wydma, na której kwitły drzewa owocowe. To pozwalało sądzić, że zbliżamy się do Kołków. Obiegłem piaszczystą wysepkę, a z jej szczytu ujrzałem wielkie rozlewisko i jednostki kajakowe, które płynęły już wprost na wzniesienie. Najwspanialsze było jednak koryto rzeki, której brzegi porastały małe krzaczki. Wyraźnie widoczne pośród ogromnego rozlewiska wiły się dwie równoległe, zielone linie na tle głębokiego błękitu wody i chmur. Zimny wiatr wepchnął mnie w koszulę.

Most w uroczysku Kołki

Most w dawnym uroczysku Kołki faktycznie był blisko. Na nim radziliśmy co i jak, porównywaliśmy mapy, czytałem przewodnik, rozważaliśmy chęć wyrażoną przez ogół, by odwiedzić cmentarzysko czołgów. Szymek zdecydował, że będzie to dnia następnego.
Jak zwykle po umówieniu się na obiadową godzinę, nasza ekipa popłynęła pierwsza. Już w Kołkach pogoda straszyła nas trochę chmurami, których gęsty płaszcz zawieszony jeszcze wysoko zapowiadał, że tuż tuż opadnie przynosząc deszcz. Tak i my wyciągnęliśmy nasze kaczeńcowe sztormiaki, by mieć je w pogotowiu.
Obiad zjedliśmy na polance gdzie wcześniej ugasiliśmy mały pożar. Płomienie ogniska błyskawicznie szły po suchych trawach i ziemia stanowczo oczekiwała deszczu.

ruszt
Na ruszcie piekliśmy boczek, gotowaliśmy wodę. Swoją drogą patent ze starej lodówki sprawdza się bardzo dobrze. Jest jednocześnie płytą grzewczą i grilem, tylko usmarowany sadzą wywołuje we mnie niechęć, gdy przychodzi chwila wsadzenia go do kajaka.
Płynęliśmy dalej, a ja koncentrowałem się na mapie, z której usilnie próbowałem odczytać położenie dawnych wiosek: Zamostocze, Rogi, Uwały.
Pierwsze krople były niewielkie, jakby leniwe bo nie prowokowały do na gwałt ubierania płaszczy. Tylko Basia przezornie, jeszcze na obiedzie, wdziała niebieski, foliowy „worek”. Z czasem kropiło co raz gęściej, my zaś dopłynęliśmy do Rubrynia. Wskazywał na to murowany barak, opuszczony i zdewastowany oraz góry żelastwa, pozostałość po wieży widokowej lub o rodowodzie militarnym. Tu mieliśmy dopłynąć i mimo że była 17 postanowiliśmy o rozbiciu obozowiska. Drzewa było dosyć, a i okolica ładna. W pewnej odległości na umajonej jabłoni była osadzona w pełni drewniana, piękna barć. Chodzili do niej, a to z aparatem, a to z ciekawością tylko, spływowicze, jak do kapliczki świątka. Bliżej, na dębie kolejna, już z blaszanym dachem.
Przy wieczornym ognisku liczyliśmy z nadzieją gwiazdy, które chwilami siały się po całym niebie. Wiatr często bawiąc się z nami, zasłaniał je pochmurną kotarą, smucąc nas skutecznie, zapowiadając deszcz.

Polesie, dzien drugi.

27.04.08

Jechaliśmy do 16 godziny samochodem do przygranicznej wsi Dzierżyńsk nad Stwigą. Okazało się, że potrzebujemy przewodnika, który poprowadzi nas nad rzekę. Pomógł miejscowy chłop, który wraz z synem pokazał nam drogę, jadąc przed nami traktorem. Wcześniejsze oczekiwanie urozmaiciła rozmowa z leśnikiem i tutejszymi. Lżejsza część grupy wspięła się na starą, drewnianą wieżę widokową.

Dawniej w Dzierżyńsku była strażnica i żołnierz pilnujący drogi prowadzącej nad rzekę, z tego względu, że jest to obszar przygraniczny. Obecnie nie ma tam już nikogo, a zieloną granicę przekroczyć można bez problemu. Nikt jej nie pilnuje, nikt nie stoi z karabinem, mówiąc stanowcze „nie”.

pusty-027-kopia.jpg

Ciagnik był najlepszym wyborem, bo droga była piaszczysta, z głębokimi koleinami, miejscami kałuże, kazały Robertowi objeżdżać trakt lasem.

Początkowo widok nie roztaczał przed nami wody takiej, jakiej się wszyscy spodziewali. Sosnowy lasek ze śladami po czerpaniu żywicy z wyszarpanymi szczapkami, nie pozwalał sięgnąć wzrokiem dalej niż do kilku pierwszych drzew zanurzonych w stojącej wodzie. Stwiga wylał, nie wiedzieliśmy jeszcze tylko jak.

Płynąłem pierwszy, chciałem jak najwięcej zobaczyć nim inni zburzą harmonie wody, pięknej, nietkniętej przez cywilizację rzeki. I tym pięknem obdarowywałem innych, by znów upłynąć samotnie kilkanaście metrów, by znaleźć się w miejscu podobnie wspaniałym, ale całkowicie innym już.
Na Stwidze
Rzeka zachwyciła, po twarzach widziałem, że nie tylko mnie. Rozlewiskiem dosięgała sędziwych dębów i wzniosłych, rozłożystych sosen, tak iż otoczone wodą tworzyły majestatyczny las nie dający się z niczym porównać. Złota zieleń młodych listków dębiny ponad nami i pod mami, odbijana w wodzie barwy ciemnego piwa, sprawiała wrażenie łaki z sadem owocowym, między drzewami którego płynęliśmy. Coś w tym było z majestatu, coś pierwotnego wywoływało uczucie szczęścia, zlania się z rzeką, przyrodą, kajakiem, który z powagą w obliczu piękna sunął między drzewami.

Chylące się dęby

Drogę wybieraliśmy łatwo, powolny nurt znać było w ruchu, ułożeniu traw wodnych, instynkcie kajakarza. Niemniej silne meandry i rozlewiska zmyliły mnie dwukrotnie. Wpłynąłem na większe połacie wody, zawróciłem, by szukać innej drogi. Czasem była niepozorna, klucząca między łąkami traw sterczącymi ponad lustrem wody, a czasem między krzewami łoziny. Tak jak było to przy moście, który z daleka zapowiadał przenoskę bo wysoka woda równała się z przęsłami. Szymon z Marysią dobili do lewej strony, wysiedli z zamiarem przenoszenia kajaka. Ja wytyczyłem drogę przez rozlewisko, którą popłynęli pozostali.

Rzeka zmieniła swe oblicze płynąc już wyraźnie jednym nurtem, tworząc z rzadka i opływając małe wysepki. Częstym widokiem były stare barcie umieszczane na rozłożystych gałęziach dębów. Po lewej mijamy stalową wieżę widokową, o której mówił nam leśnik. Wygląda na solidną ale brak jej dachu i na myśl przywołuje raczej wielki słup energetyczny, niż bezpieczne miejsce.

Płyniemy już na przodzie tylko ja, Basia z Anką i Szymon z Marysią – Czsiek nauczył, że płynąc na początku można zobaczyć więcej. Podziwiajac dąbrowę, miarowy zachód słońca i refleksy jego na wodzie jemy ciastka z Solidarności. Smakowały wybornie.

Obozowisko wybrały dziewczyny, moje pierwsze kroki bosej stopy pokazały, że cypel jest podmokły, lecz już kawałek dalej było wspaniałe miejsce na nocleg. Suche, dostatenie w paliwo na ognisko, z naturalnymi ławeczkami tworzonymi przez powalone drzewo. W tym miejscu spędziliśmy naszą drugą noc, zmęczony podróżą położyłem się wcześnie, bo tuż przed 10.

Wstęp do relacji z niebytu.

Co za zaniedbanie z mojej strony i chwilowe porzucenie deski, po której skrobię ku uciesze swojej i innych. Wszystko przez przymus pisania rzeczy, które niekoniecznie mam ochotę pisać i wyjazdy, które czynie z przyjemnoscią.

I tak pierwszy, nieopisany przeze mnie, a dość ważny był do Białej Podlaskiej. Miejscowości bogatej w siedzibę białoruskiego konsulatu, w którym poprawiałem z W. nasze, wypociny wnioskowe, proszące o wizę. Nie taki diabeł straszny jak się okazało, lecz trochę bieganiny mieliśmy. Wszystko dlatego, że to pierwszy raz, rady dawane nam przez mrówkowiczów, oczekujących w takiej kolejce już enty raz, nie sprawdziły się do naszego, turystycznego przypadku specjalnej troski. Miła kierowniczka pomogła nam, zajmując się tylko nami, podpowiadając bez złości i wyrozumiale. nalepka wizowa w paszport, a my po pięciu dniach szczęśliwi. W., który pojechał po paszporty, opowiadał historię jakoby miał wypełniać te wnioski jeszcze raz, z uwzględnieniem naszej apolityczności. Wiza już była jednak przyklejona, więc głowy za to dać nie mogę. Może te apolityczne były do akt … nie wiem, ważne było pozwoleństwo.

W tym optymistycznym nastroju zostawiłem kompanów z całym dalszym organizacyjnym problemem, samemu jadąc do Wrocławia na objazd naukowy. Sprawa niezwiązana z kajakarstwem, prócz obserwowania mijanych rzek, więc jałowa dla opisania. Wrocław zachwycił mnie jednak swym pięknem, a za to ja schodziłem go wzdłuż i wszerz. Dziwiąc na każdym kroku, narazając się na niebezpieczeństwo zwichnięcia kręgów szyjnych.

Wróciłem w piątek wieczorem, porozmawiałem jeszcze z W. co i jak, a już w sobotę stawiłem się na punkcie przedstartu, czyli nad Zalewem Zemborzyckim. Stąd już wyjechaliśmy na docelowe miejsce, pod Chatkę Żaka na miasteczku akademickim, gdzie umówieni byli pozostali uczestnicy I Spływu Po Białorusi, rzekami Stwigą i Słuczą.

Białe Czerwone Białe

Wszystkie zajścia za nasz wschodnią granicą dziwnie zeszły się z zamiarami naszej grupy. Do tego stopnia, że mama patrząc w telewizor i widząc pałujących służbistów z KGB, kiwa na mnie znacząco głową. Do tej pory to do mnie nie docierało, wie się o łamaniu praw człowieka, jest się temu przeciwnym, tylko Wiadomości, telewizja, robią sobie z tego papkę, przyozdobioną niusem o śwince szukającej trufli, że łykam to bez mrugnięcia okiem. A już całkowicie wyzbyłem się niesmaku i to codzienne show nadawane o 19 30 dzieje się gdzieś tam, za siódmą rzeką. To straszne ale łapię się na tym.

Stało się już naszą lokalną tradycją, że świąteczne majowe dni i orbitujące je pracownicze, zamienione na urlopowe, spędzamy u naszych słowiańskich sąsiadów. 2008 to trzeci rok wyjazdów tego typu. W pierwszym nie mogłem brać udziału ze względu na obowiązki w szkole. Żałuję, bo ten pierwszy spływ był bardzo kameralny. Jednak drugi spływ na Ukrainie to był mój szczyt i obrałem sobie za punkt honoru popływać po Wołyniu. Nie tylko ja, ale też 20 innych osób. Tłoczno się zrobiło i mimowolnie podzieliliśmy się na małe grupki, palące swoje ogniska, śpiące w różnych miejscach. Atmosfera zgody przez nie wchodzenie sobie w drogę. Nie podoba mi się taki układ, który jest jednak nieunikniony na spływie trwającym dłużej niż jeden dzień. Muszę mu z żalem przyklasnąć. Jest to bowiem jedyny sposób, by pobyć, pośpiewać, wypić kieliszek z ludźmi, którym to odpowiada. Stworzyć grono osób rozmawiających otwarcie, przy jednym wspólnym ogniu, na jeden temat. Gdzie każdy może powiedzieć co myśli, coś zanucić i wie, że czyjaś rozmowa nie zagłuszy piosenki. Lubię kameralne spływy, na których płynę sam w kajaku.
Odebrałem już paszport. Trwało to od złożenia wniosku do odbioru, wliczając święta, dwa tygodnie. Ale i w kolejkach nie stałem, zarówno przy pierwszej jak i drugiej wizycie. Człowiek tylko łamaną polszczyzną ustawił mnie do zdjęcia upominając, bym tylko nie mrugał. Zdjęcie zrobił średniej klasy cyfrówką, ustawioną na solidnym statywie, co dodało jej i jemu profesjonalizmu. Po minucie nadrukował mnie w ośmiu egzemplarzach. Dobroczyńca.
Nie biegałem po mieście za tańszym specem, który zrobiłby to tą samą techniką, ten był pod nosem.
Jestem szczęśliwy. Miła pani we wnioskoskładajnym pokoiku mogła wybrać sobie mnie z ośmiu identycznych zdjęć. Wzięła dwa. Oczekując na zaproszenie, przyciąłem jeszcze jedno do formatu 3×4. Muszę je oddać. A ciągle mam jeszcze pięć! Ale zaraz, akapit o pałowaniu nie był bezzasadny, podobnie i tradycyjnym pływaniu.
Prypeć Ukraińska spłynięta, przynajmniej ta górna. Wyprawa na białoruską jej część opisana już w Wiośle. Ambitni, też chcemy być znów gdzieś pierwsi, a przy tym zorganizowani. Dlatego tym razem Słucz (ta po lewej, znaczy na Białorusi, bo Słucz, ta po prawej, ukraińska, to ona już spłynięta) i Stwiga, no i jako drudzy Prypeć. Plan iście piękny, sam sobie zazdroszczę ale oglądając telewizję doszedłem do wniosku, że nie możliwa jest prowokacja. Że jedziemy w gości i nikt nie chce by nas wyproszono, apeluję więc o odpolitycznienie III Spływu Rzekami II RP. Pomyślałem, i to całkiem poważnie, że koszula moro i takież same spodnie, mogą wzbudzić obawy o szpiegowskie zamiary pod pozorem uprawiania niewinnej turystyki. Ja wiem jak to brzmi, ale ten kraj jest dość dziwny przy całym swym pięknie. Widząc KGBowców pałujących ludzi martwię się, by nikomu z nas nie odmówiono wjazdu…




kajak.org.pl - strona wszystkich kajakarzy