Archive for the 'Impreza' Category

Był taki spływ.

Wieczorem tak dobrze mi się zasnęło. Byłem spokojniejszy, wewnętrznie szczęśliwy i rozmarzony. Przeczytałem kilka stron „Vikinga” ale myślami byłem tu, bliżej, na rzece…

Podobnie jak wszyscy koledzy lubelska brać kajakowa także rozpoczęła sezon. W zamyśle pływanie zimowe nieoczekiwanie stało się wiosennym, takim prawdziwym jakie bywały dawniej na doskonale znanym odcinku rzeki Wieprz, Łęczna – Kijany. Leniwie zebraliśmy się z Szymkiem o 9 w ostatnią niedzielę lutego. Szlaków wędrówki wodnej było kilka, do wyboru rodzima Bystrzyca lub Wieprz. Kilka dni wcześniej sprawdziłem naocznie stan wody i urok brzegu Kijan, nalegałem więc za Wieprzem. Zanim załadowałem swój kajak Szymek nie mogąc się doczekać zjechał na most – poziom rzeki wyraźnie się podniósł. Oblodzone brzegi po których jeszcze kilka dni temu spacerowałem dziś były zalane wartkim nurtem ciemnej wody. Piękne słoneczko, płynąca rzeka, zapowiada się wyśmienity spływ, czego chcieć więcej niż takiej mszy.

Duza woda

Na wodę schodzimy około 11 tuż przy stadionie Górnika. W międzyczasie dołącza do nas dwóch kolegów płynących na górskich jedynkach. Woda wije się miedzy wysokimi brzegami, to z lewej to z prawej strony oblewając wszystkie dotychczasowe przeszkody, pnie, zwalone drzewa, gałęzie. Chlupocze czasem o zmarznięte brzegi sięgające lodem jak wątłe pomosty w środek nurtu.

Plynac na skroty po rozlewisku

Śnieżne płaty na brzegach już ustępują pod promieniami słońca, tylko zacienione nawisy jeszcze udają srogą zimę. Wciąż przypominają grubą warstwą nieodległe dni. Jest cicho, bardzo cicho w chwilach gdy wszyscy odkładają wiosła, nie mówią nic, poddają kajak wodzie. Gdy wiosenna aura odsłania szarozielone łąki schodzące wprost do rzeki. Nagle kaczki zrywają się do lotu i lądują trochę dalej ślizgając się po powierzchni przerywając takie chwile medytacji.

na sanki czy na kajaki?

Docieramy do Nowogrodu dosyć szybko. Ze wzgórza rozpościera się w tej wiosce widok na Wieprz. Jemy kanapki i słuchając opowieści snujemy plany ale jest i czas na zabawę. Miejscowa górka to wymarzone miejsce do zjazdów okolicznych dzieci. Wszędzie leża worki wypełnione słomą. Nie możemy sobie odmówić takiej frajdy. Mateusz taszczy na szczyt Topolino, śnieg więzi po kolana. Zjazd super, kontra, wyskok na garbie i chłopak wypadł z kajaka. Zapomniane kurtki dziecięce   leża niewinnie na stoku nie zdając sobie sprawy z tego, że były zarzewiem awantur. Ile to razy samemu się bez czegoś wróciło do domu gdy zabawa pochłaniała niczym woda.

Kijanski kosciol

Dopływamy do Kijan. Tak, po lodzie po którym chodziłem śladu nie ma. Trzeba się wbić w zaśnieżoną skarpę. Otwieram włości i rozpalam pod kozą, herbata i powoli żeliwo zaczyna wypełniać pusty dom ciepłem. To był ładny dzień i jeszcze ładniejszy spływ. Wracamy do Lublina i niedługo po tym tak dobrze mi się zasypia.

kanokajaki.com

Włodawka, Uherka

Mam wrodzony lęk do kleszczy, dlatego gdy Marysia przyniosła na sobie 10 czy 15 tych stworzeń, wiedziałem że prócz wrażeń do domu przywiozę coś jeszcze. Te słowa prowokowane są już drugim pasożytem… okropność. Trzeba zerwać z mitem kleszcza i leszczyny i jako siedzisko tych pajęczaków uznać wszelkie trawy, szuwary i błota. Także te z naszych ostatnich zmagań, te z Zachodniego Polesia, nazywanego także Lubelskim.
Sobota 4 kwietnia rozpoczynała dla dużej bo 23 osobowej grupy sezon kajakowy 2009 r. Miejsce spływu – Włodawka, dopływ Bugu, rzeka poleska. Wiosną rozlana posród trzcinowisk, meandrująca łakami latem. Bardzo popularny szlak kajakowy „ściany wschodniej”, opisywany w przewodniku p. Józefa Tworka, jak i na odwrocie arkusza „Mapy Turystycznej. Poleska Dolina Bugu 1:75k” wydawnictwa Kartpol, Lublin 2007. Wariant płynięcia krótki na odcinku Kołacze (zjazd z głównej drogi 82 za Karczmą Polską, na drogę 819) – Adamki (Wiata z miejscem na ognisko, ławkami, pomostem. Własność Nadleśnictwa Włodawa). Długość według przewodników 14,5 km, czas 4,5 h. Odległość zmierzona 17 km, 4 h.

Szuwary polseki
Włodawka jest typową poleską rzeką. Płynący Prypecią zgodnie przyznali, że jest jej mniejszą siostrą. Jeżeli dla kogoś wygoda jest najważniejsza, a wschodnia granica jest mentalną przeszkodą, może z czystym sumieniem spłynąć polską rzeczkę i uznać, że zna Polesie ;) . Łatwo znaleźć dogodne miejsce do postoju, brzegi są bowiem dostępne, łagodnie schodzące ku brzegom. Ogląd na szerszą okolice zapewnią bardzo liczne zwyżki. Ambony myśliwskie stojące na skrajach sosnowych lasów w porze rozlewisk wyłaniają się z trzcin, wyglądają bardzo malowniczo nurzane w wodach.

Przed Suchawą

Szymek a w tle byla cerkiew

Taki charakter ma odcinek do Suchawy, miejsca ciekawego z uwagi na dawną cerkiew i cmentarz. Tu rzeka płynie u stóp lasu, następnie do niego wpływa. Ten malowniczy szlak ukazuje drugie oblicze Polesia, podmokłe lasy, żeremia, niedostępne suchą nogą mroczne, bagniste skupiska drzew. Rzeka mimo iż systematycznie sprzątana jest idealnym miejscem bytowania bobrów, tak więc drzewa mogą pojawiać się dość często. Nurt jest przy tym wartki co da wiele radości zwałkowcom. W czasie gdy płynęliśmy nie napotkaliśmy jednak trudniejszych miejsc. Bez kabiny się nie obyło, całe szczęście nie mojej.

Włodawka przed Adamkami

Adamki to wspaniałe miejsce do pofolgowania sobie po zimowym śnie. Miejsca dużo i do tańców i do rozmów. Każdy znajdzie dla siebie cichy kąt. Ognisko buchało drzewem z wykrotów pobliskiego lasu. Takie wygody biwakowe należy ustalać z leśnictwem i rezerwować wcześniej. Nie mogło być inaczej gdy z Wiciem przyjechała beczka chełmskiego piwa (polecam, na drugi dzień wspaniale zaspokaja pragnienie). Romek ze skrzypkami, Adaś z gitarą dojechali na biwak, Józek już brzdąka. Wspaniała atmosfera do snucia planów, piania i zawiązywania kontaktów. Ludzi bowiem już około 30, p. Tworek udziela rad jak płynąć, podpisuje przewodniki. Dziś reklamując siebie w Radiu Lublin, mówił i o naszym spływie – lepiej tu być niż o tym słyszeć. Szczególnie ze względu na międzynarodowy charakter spływu. Dowiedziawszy się drogą pantoflową jest z nami Niemka Conny, studentka z wymiany mówiąca po polsku. Wszystkich zapewnia, że bardzo jej się podoba. Dla nas – „Polski B” to również nie lada atrakcja;).
Rano znów wspaniała pogoda, jedni zmarzli inni nie, ale zapał nas nie opuszcza. Szymek wiąże jeszcze kajaki załadowane wieczorem i jedziemy na Uherkę.

Album Szymka

Album Michała

Nie pisałem i nawet nie chce pisać się o Uherce. Kanał z oznaczeniami dla ludzi trzymających pierwszy raz w życiu wiosło i ich dzieci – pięcioletnich szkrabów. Przy pięknej pogodzie, ona da satysfakcję z płynięcia. Przy deszczu – tylko dla twardzieli. Z okazji nudnego rowu, z którego nic nie widać, wykąpałem się w nim. Jestem morsem.

Maj, maj, maj. Już lista zamknięta, chętnych na busa i osobówkę.  I w poczekalni także są. Przygotowania w toku, najprzyjemniejsze są jednak zakupy, osobiste, czyjeś, cieszą tak samo, wszak flotylla bogaci się :) .

28 marca. Jednak Kosarzewka

W drodze rozważaliśmy problem nazwy rzeki. Zbieg dwóch małych strug pod Bychawą, Kosarzewki i Gałęzówki, bierze przewrotnie swe imię od tej pierwszej, mniejszej. Źródła Kosarzewki biją w okolicach Kosarzewa Górnego, Gałęzówki zaś w Woli Gałęzowskiej. Płynąc na zachód i północ zbiegają się przy stawach bychawskich w odległosci około 30 km od Lublina. Tu także zaczynamy, w składzie ja, Bartek i Szymek, popołudniową porą spływ rozpoczynający sezon, z zapałem pierwszeństwa w „eksploracji” szlaku. Poprzedników nie było, woda płynie wartko lecz korytem szerokości od dwóch do pieciu metrów, pośród drzew liściastych, dość często zwalonych i krzaków utrudniających płynięcie. Głebokość, zbadana osobiście na pierwszych 100 m, ok. metra, na środku piaszczyste dno, z brzegu muł. Prawy brzeg przeważnie wysoki, lessowo-kredowy z bijącymi źródłami. Miejscami wapienne kamienie pod powierzchnią wody.

01

02

Mój debiut w górskiej jedynce mógł skończyć się tylko w jeden sposób, do tego pływanie zwałkowe takim kajakiem jest mi całkiem obce. Wsiąść trudno, bo i nogi nie chcą się dziwnie zmieścić, a i o przechył łatwo. „Stawiasz dziś!” – słyszę głos Szymka – „jak nastrój?”. „Co zrobić… płyniemy” – odpowiadam. Rzeka jest bardzo ładna, kręta, powyżej poziomu wody, na wysokości ok. 1,5 metra widać uczepione gałęzie, dawne zatory, ślady po wylewie sprzed trzech lat. Niestety, bliska obecność wsi sprawia, że jest bardzo brudno. Każda zwałka to zator z płynących butelek, plastiku i styropianu. Bijące źródła leją swą krystaliczną wodę wprost do reklamówek i flaszek. Obraz nędzy i rozpaczy, piżmak płynie pośród zruszonych przez nas śmieci, ptak śpiewa na gałęzi, uwieszonej folią.

Po około 3,5 km po prawej stronie stoi bielona chata kryta strzechą. Warto ją kiedyś odwiedzić, choćby pieszo czy rowerem. Na pokonanej trasie są trzy przenoski. Pierwsza tuż za stawami, druga to gruby pień, służący za kładkę. W zależności od poziomu wody i umiejętności, możliwy do przepłynięci pod nim. Trzecia to sztuczny uskok, do pokonania w fartuchu, co też Bartek czyni. Słońce już kryję się za drzewami, w dolince wieje wietrzyk wzmagając uczucie zimna, zaczęliśmy przecież dopiero o 14, a dzień nie jest jeszcze długi. Czas kończyć, Bychawka Pierwsza, most i tu też stoi nasz samochód. Chłopaki jadą po drugi, zostawiony w Bychawie. Ja myję sprzęt. Odcinek liczy 7 km, pokonany w czasie dwóch godzin, wije się pośród łąk, miejsc widokowych i wartych zwiedzenia. Plan na lany poniedziałek – do ujścia w Osmolicach.

03

04

Jeszcze odnośnie metodyki opisu szlaków, tych małych i dużych. Kartka i długopis kompletnie się nie sprawdzają, nie ma na to czasu gdy nurt bystry. Pocieszam się, że rzeka przepłynięta została raczej dla idei, niż dla jej promocji. Natomiast ślad w GPSie użyczonym przez kolegę, Grzegorza Kasprzaka, zapisany bardzo dokładnie. Waypointy po spływie raczej nieprzydatne przez zapomnienie (czyt. nie nazwanie), czekają do ustalenia z mapami satelitarnymi.
W ten sposób dzień bynajmniej się nie skończył. Rozpoczynaliśmy sezon już za stołem, przy rozmowach z odwiedzonymi starymi wiarusami i Warszawiakami, płynącymi po Wieprzu, trwających do późnej nocy.

ja, Bartek i Szymek na mecie

Zdjęcia dzięki uprzejmości Bartka.

Kalendarz imprez

Na kajakowej mapie Polski nie może zabraknąć Lubelszczyzny. Oznajmiam koleżeństwu, że wbrew “Informatorowi Kajakarza” nie jesteśmy białą plamą i u nas też „wielkie dzieje się!”
Przedstawiam do ogólnej wiadomości program zaprzyjaźnionych ze sobą klubów lubelskich.

KTR Kontra:
28 lub 29.03 Gałęzówka. Mała rzeczka pod Lublinem zasilona wodą z roztopów.
4-5.04 “IV Roztopy wiosną” – Spływ Włodawką i Uherką, dopływy Bugu.
29.04-3.05 – “IV Spływ im. J. Michalskiego” – rzeka Stochód ( Ukraina ).
maj/czerwiec – spływy Bystrzycą , Tanwią , Wisłą , kurs kajakowy.
Początek lipca – Studencki Spływ Prypecią Ratno-Swałowicze.
14.07 – Dniestr

KTK Ciernik:
18-19.04 – Udal, dopływ Bugu.
23-24.04 – Uherka.
29.04-3.05 – Stochód.
11-14.06 – Lubaczówka.
Lipiec lub sierpień – Loara.
18-19.07 – Okrzejka lub Wilga.
1-2.08 – Huczwa.
12-13.09 – Żółkiewka.
17-18.10 – Zakończenie sezonu. Bystrzyca.

Jak więc widać nie sięgamy daleko, a pływamy po rzekach nie mniej pięknych. Może i przez lokalny patriotyzm, piękniejszych, niż wiele zatłoczonych rzek północnej Polski.
Przez logistyczne możliwości wschodnia granica nie jest dla nas przeszkodą i Euroregion Bug, to prawdziwie Nasz region.

studencki splyw prypecia 2009

„Płynąc Parkiem Prypeć-Stochód należy mieć…”

W Lubotyniu (73km) spędziliśmy dwa dni. Miejsce jest pięknie położone na piaszczystej wydmie. Władze postawiły tam drewnianą wiatę na wzniesieniu, miejsce na ognisko, stoły, ławeczki, wykopano doły na śmieci, z pokrywami, a jakże. Wkopano nawet bramki, i z nich skorzystaliśmy rozgrywając mecz. Kręcą się tam miejscowe dzieci, mimo że biwak oddalony od wsi.
Władze. Jeden z „kręcących się” to syn tutejszego przedstawiciela władzy. Po godzinie mamy wizytę dwóch rosłych chłopów poubieranych w maskujące barwy.
„Ot nasze pozwolenie” – mówi Wicio – wyjmując album ze zdjęciami, z którym chyba nawet śpi. Władza ogląda, ogląda – „O, to maj boss”. Zdjęcie z poprzedniego roku, na którym ściskamy rękę kierownikowi Parku – Jurze – zastępuje pozwolenie. Przedłużające się oczekiwanie. Wyjęta flaszka to sygnał by zawrzeć ściślejszą znajomość. Dwaj strażnicy zadowoleni z takiego rozwoju turystyki już o nic nas nie nękają, doradzają jak płynąć, pouczają by zostawić porządek, oferują usługi. Dzieci przybiegną rano z jajkami, ogórkiem, mlekiem… co tylko trzeba, sok z brzozy, będzie i sok. Flaszki ubywa. A u tiebie zena jest? – słyszę. Niet. Abo tu jest taka ładna po psychologii. I rzeczywiście przyszła następnego dnia, przynosząc w fartuchu ogórków. Ja gdzieś w tym czasie się zawieruszyłem. Dostałem burę od Wicia, że nie chce pogłębiać przyjaźni Polsko-Ukraińskiej.
Mam zdjęcia w uściskach tych ludzi, i syn, który kiedyś obejmie z pewnością jakiś urząd jest na nich. To dopiero fundament.

Starsi są ciekawi. W domu tylko stara żona, która już nie chce słuchać swojego chłopa. A tu ktoś nowy, chętny do rozmowy, i który pływa łódką, trochę inną niż moja, ale po mojej rzece. To wspaniały powód by dosiąść się, móc komuś opowiedzieć. Ten człowiek deklamował wiersze, opowiadał, zaprosił do domu, by zobaczyli goście jak żyją tutejsi.

Dwa dni, troszkę lenistwa, troszkę odpoczynku. Kilka kilometrów za Wietłami (57km) rzeka zaczyna rozlewać się na wielkie połacie przestrzeni. Płytka, klucząca miedzy trzcinami zarasta, tak iż sierpień to najgorszy czas na płynięcie tego odcinka. Oczywiście da się to zrobić, jak wszystko. Ale niemalże do Lubiaźi (89km) Prypeć jest niczym podmokła łąka. Kilka zastawek na rzece potrafi dać w kość. Najwspanialsze były chwile, gdy widziało się zakręty porośnięte trawami, strzałką. Mijało meander i ciągle łąka, łąka, ostre słońce, łąka zamiast rzeki.

Spływ z pamięci. Prypeć ukraińska

Fakt, ucichłem. Najlepiej jednak pisze się wtedy, gdy pisać trzeba całkiem co innego, a aura zachęca do powrotu w krainy pamięci i wspomnień. Pamięć zawodna, doznania ulotne, wspomnienia przykurzone, gdzieś w podręcznej biblioteczce mają swe merytoryczne podstawy. Sięgnę więc do książki Janusza „Wodami Polski, Litwy i Ukrainy” by przywołać trasę, którą pokonał majem 2006 r. zapoczątkowując nasze pływanie poleskie. Opisany szlak ze wskazówkami? Tego tu nie będzie, już opracowanie takie powstało. To subiektywna fotografia, urywki filmu i rozmów z ludźmi żyjącymi na Polesiu, tak blisko Lublina. Nasze perypetie, innych, przypadkowe spotkania na szlaku, zmagania ze samym sobą i przyrodą. Próbka tego, co może spotkać innego podróżnika podejmującego wyzwanie sierpniowej Prypeci i „gościnności”.

Na dni 2-10 sierpnia 2008 r. Witek, jak zwykle zresztą, wybierał się na Dniestr. Plany zmyła powódź, która nieszczęśliwie nawiedziła Podole. Zarezerwowane urlopy, wspaniałe plany, goście… brak trasy. Tak załatwiła nas pogoda.

Szlak znany kilku uczestnikom: Ratno – Swałowicze, opracowany w powyższej książce, z czym łączył się pewien miły akcent, o którym później.

Zwodowaliśmy się znacznie za wcześnie, bo przy budowanej od 18 lat cerkwi. Po pół godzinie zapora i przenoska, która trwała godzinę. Zwarzywszy na czas jazdy, granicę i postoje dotarliśmy około 13-14. Rzeka była rowem melioracyjnym przez dłuższy odcinek. Wygnane skwarem dzieci uczepiały się kajaków, o płynięciu z nimi nie było mowy. Jako pierwszy wywoływałem zachwyt, osłupienie i pogoń ku środkowi nurtu. A tam już przygotowania do zasadzki na następnych kajakarzy. Organizacja leżała, trzeba to sobie powiedzieć otwarcie. Odcinek został zaplanowany „na oko”, bez jakichkolwiek wskazówek, na kolejne 500 metrów. Nudny kanał wzdłuż wałów… można to było sobie darować.

Deszcz. Już ładnie meandruje Prypeć, płynie się znajomo, wśród trzcin zielonych. Znajomo lecz całkiem inaczej. Rzeka w maju i sierpniu to inna karta tej samej książki, lub książka, którą czyta się po kilku latach. Zmiana daje przyjemność bytowania.

14 kilometr, uroczysko Bereśce. Wszystko wspaniale, tylko dlaczego nikt nie wiedział gdzie właściwie płyniemy, a przynajmniej ile to kilometrów. Nie podobało mi się to, takie rozstrzelenie grupy. Pogoń za kolejnym rzutem wzroku. Może pogoda mała też w tym udział.

17 km. Piaski Rzeczyckie, Rzeczyca. Wpływamy w mała zatoczkę rozlaną u stóp cerkwi. Nabożeństwo. Staruszki płochliwe z początku onieśmielają się i z uradowaniem proszą do wnętrza, niejako chwaląc się piękną świątynia w ich zwyczajnej poleskiej wsi.

W magazynie dziwne poruszenie. Jeden z mieszkańców ma dziś 30 urodziny. Adam bez wahania kupuje butelkę wódki, czerwone i białe wino, plastikowe kubeczki. Pijemy za jego zdrowie.

Dzień dziewiąty. Brześć

04.05.08

Ostatni dzień. Niby już wszystko przygotowane, kajaki powiązane na przyczepie od wczoraj, a jeszcze jesteśmy daleko od domu i o powrocie jeszcze się myśleć nie chce. Jeszcze ten dzień ostatni wypić do końca, najwięcej, łapczywie każda chwilę wspomnieć, zobaczyć coś jeszcze, jeszcze popatrzeć na chłopców z wędkami nad Piną, gdy bez trudu wyciągają kolejne ryby, gdy nasi, zniechęceni wędkarze złożyli już wędki.


Podróż do Brześcia dłużyła się, czas umijali nam Szymon z Marysią czytając przewodnik i informacje o mieście.
Stajemy na parkingu przed Twierdzą Brzeską. Część idzie zwiedzać muzeum kolei, część samą twierdzę.

Aleja ciągnie się szeroko, przybliżając się z wolna do kanciastegpo pomnika ciemnej, prawie czarnej, barwy. Na jego środku, niby wyłom ostrzy swe ramiona gwiazda, pod którą trzeba przejść. Unosząc głowę w tą swoistą bramę mimowolnie stałem się ofiarą nalotu, pomocnikiem zegarmistrza „purpurowego”, słuchaczem ognistego przemówienia. Głośniki to raz waliły bomby, warczały silnikami samolotów, a ja musiałem uciekać pośród krzyków kobiet i dzieci, to znów tykaniem obwieszczały nieunikniony koniec, to znów sypały sowieckimi frazesami o echach wojny, generałach itd. Patrząc tak w górę na krawędzie pięcioramiennej gwiazdy, zazębiające się, tworzące skomplikowaną siatkę, odnosi się wrażenie przemyślanego działania artysty, który to projektował, to po prostu ciekawie wygląda. Pozwala zrobić ładne zdjęcie światłocieni, nie widać już gwiazdy.
Jeśli sama brama może zrobić wrażenie to jak piorunujące wrażenie robi kolos oddalony o jakieś pięćset metrów. Betonowa rzeźba wielkości bloku mieszkalnego, z którego wyrywa się paskudna gęba muskularnego czegoś, pomalowanego szara farbą. Wzrok świdrujący ziemie, wargi wykrzywione, mięśnie obnażone, wygląda to wszystko tak jakby było nieskończone, bo miejsce, gdzie mogła by być druga ręka, to już betonowy kloc. Tylko sierp i młot skrzyżowane.


Zbliża się Dzień Pabiedy, 9 maja, czuję się to na każdym kroku. W miasteczkach i miastach słupy przyozdobione czerwonymi flagami, transparentami, plakatami patriotycznymi koniecznie z czerwonym elementem gwiazdy. W brzeskiej twierdzy dziś próba generalna, bo młodzi ubrani już galowo, wyczyszczone kałachy w dłoniach 15 – 16 latków, białe kokardy oślepiają blaskiem, bo słońce dziś tak pięknie przyświeca. Wspaniały dzień na meldunek, wspaniały by przemaszerować i dać się sfotografować mi, młodej parze składającej kwiaty pod gierojem. Już płonął znicze, może nigdy nie gasną, złożone wieńce dziękczynne.
Poszedłem do cerkwi, pięknej, bogatej. Ślub za ślubem idzie jak na taśmie. Można się zatrzymać, obejrzeć piękne ikony, posłuchać śpiewu babć, popatrzeć na wspaniały rytuał zaślubin, korony, haftowane ręczniki, stroje.


Jakiś jednak niesmak mi zostaje. Idę sam popatrzeć na lokomotywy. Nie mam już pieniędzy więc oglądam je przez ogrodzenie. Jak z filmów parowozy z gwiazdą na czele, już uśpione, stoją jeden za drugim.
Wejść można było grupowo, za 3 zł, z rabatem, przewodnikiem. Zwiedzać do woli wszystko, dotykać, zaglądać, otwierać, bez ograniczeń. Wycieczki dzieci były szczególnie rozradowane.
Usiadłem na ławce z Witkiem i polką z Brześcia, której mieliśmy przekazać dary wjeżdżając na Białoruś. Wtedy nie miał się kto po nie zgłosić i większość po prostu rozdaliśmy ludziom napotkanym na naszej drodze. To co zostało plus to co każdy ofiarował ze swojego majdanu zostawiliśmy kobiecie.
Zakupy robili nie zaopatrzeni. Baśka, Szymon, Marysia, moja siostra i ja poszliśmy przyjrzeć się mijanej po drodze cerkwi. Pięknie odnowiona, seledynowo – biała, gościła znów młodą parę. Tu śluby odbywają się w niedzielę.


Granica. Paszporty, karty, które wypełniało się przy wjeździe i pytanie, które musiało paść, a którego wszyscy się bali. „A gdzie wy mieszkali, gdzie wasz meldunek?” – na co Robert wyjął odręcznie wypisany rachunek za hotel, w którym mieszkał, w czasie gdy my pływaliśmy Stwigą.
„No dobrze, tam jest sklep. Biegnij po flaszkę, tylko tak, żeby jej kurwa nikt nie widział!”. Nie było już rubli na wódkę, trzeba było jeszcze coś wykupić wyjazdowego glejtu, wszyscy zrzucili się na 5000 tyś rubli. Całe 5 zł.
Wódkę poświęcił Szymek, Robert, elegancko w teczuszce zaniósł ją pogranicznikowi. Rozpadało się a my wciąż stoimy, załatwiona sprawa, paszporty w kieszeniach i nic. Robert pyta urzędnika, dlaczego – „no jak pojedziecie, napada wam do kajaków, tam u was nie ma miejsca by stanąć pod dachem”. Bardzo miło z jego strony.
Bug, miła pani w budce z biało czerwonym na ramieniu, celnik zapytał o przemycanych ludzi i pojechaliśmy. Gdyby nie ten postój, wszystko trwałoby 20 minut.
Lubartów. Wyrzucamy chłopaków ze Szczykarkowa. Pomagamy nosić ich kajaki na posesję.
Lublin. Chatka Żaka. Część spływowiczów wysiada tutaj, część jedzie nad Zalew Zemborzycki. Tu też odbiera mnie ojciec. Wróciłem ze spływu.
Odprowadzający przyczepkę na ogrodzony teren zakopali Tranzita. Trzeba było sprowadzić ciągnik by wygrzebać z dołu samochód. Dla nich wyprawa skończyła się znacznie później.

Tam jest propaganda, ale i u nas też jest dobra propaganda. Białoruś nie jest krajem, który odpowiadał mojemu wyobrażeniu wykreowanemu głównie przez telewizję. Że ludzie nie mogą tam żyć, wszędzie kręci się milicja i właściwie wszyscy są podejrzani. Są tam rządy silnej ręki, i większość ludzi jest z tego zadowolona, mają co jeść, na czas wypłacane pieniądze, żyje się im szczęśliwi i dobrze. Oni nie chcą polityki, a swoją wolność i tak mają. Jeśli chcą to piją, a jeśli chcą to pracują na swoim. Przyznaję, że widziałem Białoruś przez pryzmat wsi, konserwatywnej w swych poglądach. Wsi, której lepsze czasy nie są potrzebne, bo wymiera. Ale i miasto zobaczyliśmy. Ładne, wystrojone dziewczyny, bogate samochody, porządek, który polskie miasta mogłyby pozazdrościć, równe drogi, sklepy, w których uginają się półki, żywą kulturę i życie zwykłych ludzi.
Tam można jechać i nie ma czegoś takiego jak mur, nie trzeba się niczego bać, to przecież tak blisko. Kraj znany mniej niż Francja, Hiszpania czy Włochy, nie wiem dlaczego. Tam nic się takiego nie dzieje, tam jest normalnie.
Tylko inaczej.

I tak nie wszystko opisałem, wiele przemilczałem, wiele nie chciałem zobaczyć. Dziękuję szczególnie za zdjęcia, którymi przyozdobiłem tekst, nie pytając ich autorów o zgodę.

Dzień ósmy. Pińsk.

03.05.08

Nurzając się w wysokiej, nie koszonej trawie zwiedziliśmy w Pińsku cmentarz przy ul. Hajdajenki i po raz pierwszy od wyjazdu z Polski, mogliśmy czytać napisy w ojczystym języku. I tak uprzątnięty teren, krył wiele pięknych nagrobków katolickich, kutych krzyży, ciężkich płyt. Część żydowska nie miała nic wspólnego z kirkutami jakie znam z lubelszczyzny. Stalowe, toporne płotki wysokości pół metra ogradzały paskudne płyty lastryko, tworząc wąskie labirynty kluczące miedzy sztucznym kamieniem i metalem. Okropność. Gwiazdy Dawida mieszały się z pięcioramiennymi gwiazdkami sołdatów i komunistów. Jeszcze tylko przeszliśmy przez wojskowe mogiły niemieckie, może austryjackie, ładnie odnowione.

cment-kopia.jpg
Dojechaliśmy do centrum miasta zatrzymując się nad Piną, u skarpy dawnego kolegium jezuickiego, a przy rzecznym dworcu. Stąd udaliśmy się do Muzeum Polesia, niezbyt bogatego w zbiory ale i taniego. Części etnograficzna, archeologiczna, dotycząca wojny obszerna, malarstwo, cóż tam jeszcze było… wypchane ptaki i ssaki w złym stanie stały w dwóch umalowanych w krajobrazy, naturalne warunki, salach. Dwie salki historii Polski, jedna lat 20, ładnie udekorowana sprzętami w stylu art deco. Na korytarzach wisiały fotografie generałów, stały pomniki przodowników pracy i jeden szczególny – tłumaczącego Leninowi swą pracę, poligrafa. Jaki był ciekawy zawodu…

etno-kopia.jpg
Na dawnym placu targowym, wyłożonym kostką stoi wielki Lenin, uchwycony w pozie „kroku w przyszłość”. Śmiechy przy nim były ale co tu powtarzać.
Dziarskim krokiem…
Czymś co zwróciło większą uwagę były dawne polskie napisy reklam, wyłaniające się tu i ówdzie spod elewacji. Malowane tą dawną czcionką, tym stylem i projektem reklamy jakie wszyscy znają.
W widocznym miejscu, na jednym z budynków przy placu Lenina, idąc w stronę pofranciszkańskiego zespołu katedralnego, wisi coś jakby mapa z zaznaczonymi zabytkami Pińska, czytelna ale tak paskudna i malowana bez gustu, że wynika z niej tylko tyle, że prócz tych zabytków w Pińsku nie ma już nic. Wszystkie inne budynki bazgrane brązową farbą, zaznaczone są jako zgliszcza, ruiny ataku bomby atomowej. Wygląda to okropnie i coś takiego bynajmniej nie jest dobrą reklamą miasta.
Wspomniana już katedra jest pięknie odnowioną siedzibą biskupa. Przyjęła nas siostra zakonna, chętnie oprowadzając nas po świątyni, zakrystii, krużgankach opowiadając historię, pozwalając fotografować do woli okazałe wnętrza. Tu też zamówiliśmy msze za śp. Janusza Michalskiego i Leonarda „Gandi” Górskiego.

Widok na Katedrę
Rozstaliśmy się wszyscy, każdy idąc zwiedzać na swoją rękę. Jeść, pić, zwiedzać, kupować, kto co chciał bez przymusu. Obowiązkowe jednak było odwiedzenie księgarni. Zadziwiające, że nieduża księgarenka przy placu Lenina, ma bardzo ciekawe zbiory, dokładne opracowania etnograficzne, dział kartograficzny, wiele pięknych wydań albumowych, nad którymi spędziliśmy dużo wolnego czasu. A wszystkie w rozsądnych cenach, tak, iż wiele osób wynosiło po kilka książek, zwiniętych map, kart pocztowych. Na godzinę przed odjazdem z Pińska przeszliśmy się jeszcze spacerowym deptakiem wzdłuż Piny, wypijając w klimatycznym statku, rodem z „Rejsu”, kufelek piwa.

Widok na dawne Kloegium Jezuickie, obecnie Muzeum Polesia.
Noc spędziliśmy nad rzeką, z żalem nie zrzucając na wodę kajaków. Miejsce było brzydkie, bez porastających trawą polanek, jedynie wydmy piasku i nic więcej, kilka krzaków. Patrzyliśmy po sobie, ni to szukając miejsca, ni czekając na odjazd z tego miejsca. Zostaliśmy i spało się całkiem dobrze. W nocy trochę kropiło.

Dzień siódmy. Wysiadam z kajaka.

2.05.08

Rankiem …
Rankiem, Krzysiek opowiedział mi zasłyszaną historię o zastrzelonym Żydzie, który skonał na miejscu naszego obozowiska podczas próby ucieczki i tu też wrzucono go do dołu. Śladu mogiły, znaku czasu i pamięci nie było po nim nigdzie. Stary człowiek, który opowiadał, wspominał porządek „za Polski”, jako jedyny narzekał na Łukaszenkę, na rząd, biedę. Sam zbierał butelki, dorabiając w ten sposób do 150 zł emerytury. Nawet skupy – mówił – nie bardzo chcą brać od niego to szkło. Krzysiek z Romkiem dali mu największa konserwę szynki jaką mieli, on na to skromnie zapytał, czy sami nie będą głodni.

Spotkany na moście człowiek
Z Szymonem poszedłem do magazynu i po wodę. Starszy gospodarz z chęcią napełnił nasze bukłaki mówiąc, prowadząc nas na podwórko, „nasze chłopaki…”.
Płyniemy mijając wieś. Stajemy tylko na chwilkę za potrzebą.
Uzgadniamy, że dłuższy postój i wycieczkę kulturowo-krajoznawczą zorganizujemy w następnej, mijanej wsi.
Rychło, pobliską wioskę obwieszcza osobliwa przeprawa przez rzekę. Jej brzegi łączy stalowa linka, a do niej przymocowana jest tratwa na PETach. Do niej natomiast, przywiązany jest sznurek pozwalający przeciągnąć tratwę na swoją stronę. Pojawia się miejscowy z rowerem i dzięki niemu możemy popatrzeć na ową przeprawę.

Przeprawa
Do wioski prowadzi ścieżka przez las, a obok niej kręta droga dla dużych pojazdów. Wprost z lasu wychodzimy na asfalt ulicy Sowieckiej. Już z dalsza obserwują nas mieszkańcy siedzący na podpłotowych ławeczkach. Z gospodarstwa, które akurat mijamy wychodzi człowiek, i krótko z nim rozmawiając o cmentarzu położonym gdzieś w lesie, odnosimy wrażenie, że nie jesteśmy tu mile widziani. Mijamy tylko ławeczkę, kłaniając się przy tym, na plecach czując wzrok siedzących, idziemy do sklepu. Już tam opowiada chłop, że my na cmentarz chcemy.
W sklepie jest akurat kontrola, może inwentaryzacja, bo przed sklepem stoi wielka ciężarówka, a urzędnicy i sklepowa biegają miedzy stertami skrzyń. Obsługuje nas ładna, młoda sklepowa – rzadki widok na białoruskich wioskach.
Z Ewą na barana oglądamy szkołę, bibliotekę – wszystko w ruinie, za budynkiem szkoły, w starej szopie, piętrzą się ławki i inne szkolne sprzęty. Smutny widok. Chodząc tak, trafiam na wzrok jakiejś gospodyni. Z chęcią i Ewą, na plecach idę, może uda mi się znów cos stargować. Dziecko cieszy oczy każdej kobiety i wzbudza większe zaufanie niż osiłek w wojskowych spodniach. Przekrzykuję jazgocące, małe pieski, wyjaśniając skąd my i co bym chciał. I już słyszę to co wszędzie, że nikt tego nie haftuje, że oczy, że oddane, ale ciągnę do chałupy, co tam. Na ganeczku siedzi zdziwiona staruszka, strach widać na jej wiekowej twarzy.
Kupuję w końcu wyszywankę, kobieta długo upiera się, że nie sprzeda. Przekonuje ją zgoda męża, który spał do czasu mojego przyjścia. Poczęstunek drożdżowym ciastem wieńczy interes. Ewa wolałaby cukierki, które małej daje kobieta, ale dziecko nie moje, może nie mu można. Ciągnie mnie zniecierpliwiona, ale dzielna, do grupy naszych. Biorę plecak, w którym miałem ciasta z Solidarności i wracam, by odwdzięczyć się za gościniec. Już babcia z większą ochotą, uśmiechem i zaufaniem przyjmuje podarek.
Wychodząc ze wsi rozmawiamy jeszcze z ludźmi z ławeczki. Macie tam kogoś? A po co wy tam chcecie iść? Na pewno sami nie traficie, tam dużo ścieżek! I nikt z nich nie podnosi się by nas zaprowadzić na cmentarz, odchodzimy zawiedzeni po ich reakcji. Ale i wioska dawniej przecież radziecka była, i mentalność ich dawna jeszcze.
Błądzimy po sosnowym lesie szukając cmentarza. Prawdę mówili mieszkańcy, że bez przewodnika, którego oni nam nie zapewnią, sami nie znajdziemy drogi. Trafiają nań w końcu Szymek, Szymon i Romek, mówią, że jest to cmentarz jakich wiele i nie idziemy wszyscy by go zobaczyć.
Płyniemy dalej zatrzymując się w wiosce po stronie dawnej polskiej granicy. Pichcimy kaszę, która jest nie lada urozmaiceniem, z przyprawą ziołową i konserwą smakuje wyśmienicie. Apetyt wzmagają mi i wyostrzają Trzy Niedźwiedzie – dobre rosyjskie piwo.
Postanawiamy ruszyć jednak do wioski dróżką między z rzadka rosnącymi dębami. Podwijamy nogawki, bo drogę odcina nam małe bagienko.
We wsi natykamy się na Truskawkę i Marysię – przestraszone opowiadają nam jak to pewien Iwan, podniesionym głosem zaprasza je do siebie na poczęstunek. Robił to tak energicznie, że te biedne pouciekały w trwodze. Wioska już wie za jego staraniem, że Polacy przyjechali.
Dwóm babciom stojącym na drodze daję ciastka, słysząc wzruszenie w głowie i w słowach „synku….”. A zaraz po tym znów zjawia się Iwan w militarny ubraniu i krzyczy „Wsie ku mnie, wsie ku mnie…” i tak w kołomacieju. Wchodzimy więc sporą grupą na podwórko a z izby wypada okropna baba, spita, wyrwana z łóżka, w którym widocznie trawiła niedawno pity alkohol. Z krzykami „polaki sraki” itd. wygania nas, „kołhoza mi tu nie trza…”. Wychodzimy na szosę by ugasić awanturę, rozładować napiętą sytuację. Iwan znika w chałupie ale zaraz biegnie za nami intonując znaną nam już śpiewkę „wsie ku mnie…”. Kobieta już udobruchana zapowiada większą wypitkę. Niepostrzeżenie, z Szymkiem uchodzimy z obejścia przyśpieszając kroku by nie dotarły do nas słowa fatalnego zaproszenia.

Taaaka ryba…
Idziemy na cmentarz, na którym znajdujemy rozwiązanie zagadki słowa „Białostockie”, które raz po raz padało w czasie rozmowy. W naszym rozumieniu oznaczającego pochodzenie, może miejsce gdzie mieszka rodzina rozmówcy. Napisy na połowie nagrobków to nazwisko Białostocki. Iwan także pochodzi z tego rodu, oboje jego rodziców było Polakami. Gdy tylko dowiedział się kim jesteśmy, zagrał w nim sentyment i chęć ugoszczenia rodaków.
Wchodzimy na powrót do Iwana, kochanka, jak się okazało, mocno już rozochocona obściskuje Wicia. Przed domem biega wielki świniak, spaceruje koń obskakiwany przez psy, a nasi patrzą na to widowisko jak zadziwione dzieci. A nasz gospodarz, ze zgrzebłem w jednej ręce, to poczesuje przywoływane imieniem prosię, to drugą ręką podaje tłustego stakana z mętnym bimbrem. Widok zadziwiający przeradza się w osobliwy, gdy przepasany flintą, wnosi na stole suszone lub wędzone ryby. Twarde, trzeba je żuć powoli, by mięso uwolniło smak pozbawiony charakterystycznego aromatu rybiego. Z grzbietowej części chyba zepsute.

Nie pamiętam jak prosiak miał na imię ale biegła, gdy tylko je usłyszał.
Szymon zapisuje tym czasem od kobiety adres, by wysłać zdjęcia, kilka słów w podzięce.
Stakan krąży miedzy wszystkimi, lepki, tłusty, sterylizowany co chwila nalewanym samogonem. Tak samo szybko jak pojawił się stół z rybą, zaraz i zniknął za drzwiami chałupy, a my wychodzimy jakby nam kulturalnie dano do zrozumienia: „popili, pojedli – już was ugościłem, więc dziękuję, wyjdźcie…”
Iwan znów wyskakuje i krzyczy znane zdanie. Tym razem prowadzi nas do swojego domu. Trochę machając ręką na godzinę i pozostały nam dystans, idziemy. Braknie miedzy nami gospodarza, tym razem machając ręką na niego, wracamy do kajaków. W drodze spotykamy starszego pana, który śpiewa nikomu z nas nieznaną piosenkę o ułanach. Nad rzeką opowiadamy o powodzie przedłużającej się wizyty w wiosce.
Płyniemy rzeką mocno meandrującą i zakola mijające się prawie przerywają brzegi, muszę jednak opływać je, nie widząc nikogo z przodu. Jestem zmęczony, może mi się też nie chce, gdy wiem, że to ostatnie chwile, które spędzam na Białorusi w kajaku.
Słyszę od pewnego czasu donośny szum drogi, prawie huk, który roznosi się po lesie i rzeką – po tylu dniach ciszy, ten dźwięk napawa mnie odrazą, a jednocześnie zwiastuje koniec i możliwość wyprostowania nóg.
Most, żelbetonowa konstrukcja wyłania się na jednym krańcu lasu i brzegu rzeki i niknie na drugim. Już widzę kajaki, płynę z rzadka muskając wodę piórem. Zbliżając się do mostów zawsze tak robię by jak najwięcej ludzi śmigających samochodami mogło mnie zobaczyć w tym dostojeństwie dryfu. By widzieli i zazdrościli, że oni tam, pędząc, a ja tu, nie wiedząc jaki mam dzień tygodnia – płynę.
Robert nie chce jechać dalej, stajemy więc w sosnowym lasku nad wysoką skarpą w bliskiej odległości od szosy. Nie wszyscy są zadowoleni z szumu, przenosimy się więc troszkę dalej z namiotami.
Ognisko płonie do późnej nocy. Próbujemy śpiewać piosenki z repertuaru Czesława, słabą znajomość słów rekompensujemy chóralnym mruczeniem. Niektórzy zmęczeni pokładli się przy ognisku, grzejąc swe styrane plecy.
Takim, pozwalamy się odmeldować.

Dzień szósty. Z ludzmi spędzony.

1.05.08
Słucz różni się diametralnie od Stwigi i jej linia brzegowa jest inna, podobna do Wieprza. Często meandrująca z wysokim brzegiem, w których gnieżdżą się zimorodki, kolonie jaskółek brzegówek, i od początku towarzyszące nam wszędzie pliszki.
Mijamy po lewej elektrownie wodną, do której odprowadzony jest kanał. Zaraz też spotykamy spiętrzenie wody i pierwszą przenoskę. Sprawnie radzimy sobie na przeszkodzie i jeszcze chwilkę, walcząc dla zabawy z nurtem, płyniemy dalej. Wzdłuż rzeki stoją samochody, od czasu do czasu warczy gdzieś motocykl, biesiadnicy ze sterczącymi wśród szuwarów wędkami kłaniają się nam, zagadują. Stopniowo robi się ich niewielu, czasem jeszcze jakiś tubylec, który przyjechał rowerem, moczy kij w wodzie.

Wioska
Koło południa docieramy do wioski leżącej na prawym brzegu. Droga do niej prowadzi przez zalaną łąkę. Zdejmujemy buty, podciągamy nogawki i już stoimy pod dużym, drewnianym, witającym nas krzyżem. Idę sam, jak zwykle, by wejść w to miejsce, takim jakie ono było przed naszym przybyciem, by ukłonić się, porozmawiać, zaspokoić niewiedzę mieszkańców, ich lekką obawę i zaniepokojenie. Siadam przed pierwszą chałupką gdzie zobaczyłem kobiety, obserwujące mnie z daleka. Mówię, już nauczony – Zdrastwójte. Inne przywitanie spotyka się z dziwnym spojrzeniem, ale wieńczone jest odpowiedzią. I wykładam o co mi idzie. Będąc w Turowie zaczerpnąłem języka, gdzie można kupić rzeczy haftowane ręcznie. Sprzedawczyni tylko pokiwała głową z lekkim uśmiechem i mówi mi – A tolko w derewni! A ja – I szto, puiti do babuszki w derewni i sprosit’? – A ona – Da!
No i tak też zrobiłem, ale najpierw musiałem wytłumaczyć kto ja jestem, skąd, po co i że tylko dla turystyki. Na raz słyszę maszyna jedzie i przy mnie staje, a z czerwonego tranzita wysypuje się banda chłopów i dawaj babuszki obskoczyć. Co tam się działo, baby całować, zdjęcia z nimi robić, a śmiechu, kobiety płakały z tej nagłej i nieoczekiwanej napaści. Rabanu tylko narobili, przejechali przez wioskę jak wicher, zostawili podarki, o drogę spytali i już ich nie było. Znów sam zostałem, a babom tłumaczyć musiałem co to za jedni i że szczęście, pojechali. Już na spokojnie rozpytuję o wyszywaniki ale głowami kręcą, że córkom pooddawały, że od młodości nie szyją, bo i nie ma dla kogo. Ale chłop, maż jednej słuch, słucha, ośmielił się i dom mi pokazuje do którego iść mam. Na podwórku stoi starszy mężczyzna, wyszedł ten gwar usłyszawszy i maszynę, a szczególnie pasażerów. Znów mówię o co mi chodzi, a on żonę swoją woła i na pokoje mnie prowadzi. Opowiada jak to jedną polską klasę kończył, hymn polski mi śpiewa. Żonę przedstawia, która cztery lata do polskiej szkoły chodziła ale słabo pamięta, już słowa nie zna. Dziadek troszkę mówi, i ładnie, z akcentem, ale słówka pojedyńcze.
W domu pięknie, czysto, poduszki na łożu piętrowo ustawione, każda haftowana, a co mniejsza, to wzorek ładniejszy, delikatniejszy, a ten sam motyw na każdej. I na ścianach to samo, płótna kwiatami haftowane. Nieśmiało z szafy obrusy wyjmuje, ale już widzę, że ten najstarszy mi się podoba. Wyciąga i poszewki i inne jeszcze makatki, na ściany, na łóżko zaścielenie. Różne rzeczy miała, jak to w szafie babcinej. Złożone i czekające śmierci właścicieli tylko.
Chętnie sprzedała lecz ceny powiedzieć nie mogę, później przed sobą wstyd mi było, bo i Polacy to przecież, a wyszło jakbym ich ocyganił. Ale z drugiej strony im to już na co, a ja przecież nie dla zarobku to cudo ręcznie haftowane kupiłem, ale na pamiątkę po nich. Po tym kraju. Do komórki zajrzałem jeszcze, gdy mi jaj babcia dać chciała. Stała w niej piękna lampa naftowa, ale już nie miałem śmiałości, słoje z sałem, marmolady i inne przetwory. Zakątek w domu piękny i jeszcze nie jedną rzecz krył w sobie. Rozmawiam jeszcze z dziadkiem o życiu na Białorusi, o emeryturze, która u niego wynosi tyle co 300 zł, o tym jaki żywioł chowają, gdzie młodzi, bo wiele chałup dechami zabite, wioska wymiera. O eternicie na dachu, że kazali w 60 latach położyć i tak leży. I innych jeszcze sprawach, na ile język pozwolił. Już tych jaj nie chciałem, choć później Szymon, mówił, że by jajecznicy pojadł.
Wracam na skrzyżowanie dróg i swoich widzę, opowiadam w drodze na cmentarz jak to mnie goszczono, jak to Robert ludzi wiózł i napad uszykował. Obrus z gazety odwijam, pokazuję i słucham dumny, jaki piękny. Przechodzimy koło dawnego kołchozu stojącego w ruinie, skręcamy na lewo, na wzniesienie, które jest cmentarzem wiejskim. We wsi jest jeszcze dom kultury i dom, w którym przyjmuje dojeżdżający do wioski lekarz.
Szymek opowiada mi z kolei ich historię o posądzeniu szpiegostwa na niemiecką rzecz. W drodze powrotnej, kobieta udobruchana już, sama śmieje się do Szymka, że ona myślała że my „szpiony ili germańce”. Jej córka taka miła wciąż nie jest bo milicję chce wzywać, wygania nas, na zdjęcie zrobione psu, przypominającego hienę, jeszcze większe larum podnosi. Widać jedno w drugie się wdało.
Odchodzimy do kajaków, w niektórych chałupach zamęt zostawiając, a u innych radość. Ale u krzyża, nad rozlewiskiem widok się roztacza z górki, na drugą część wioski. Już bez drogi asfaltowej, z mniejszymi domkami, płotem równiutkim ciągnącym się wzdłuż chatek i szerokiego gościńca. Schodzimy z górki ja, Szymon, Szymek z Ewą i Agnieszką. Pozazdrościła mi Agnieszka wyszywanek i obiecałem jej, że załatwię. W ostatniej chałupie, po rozmowach, z kobietą, która wiedziała co jest na rzeczy, kupiła i Agnieszka wyszywnkę.
Popatrzyłem jeszcze zagrody opuszczone, w okna zabite deskami, drzwi zakryte, wieś białoruska umiera. Na starych komórkach zachowały się jeszcze oryginalne krycia dachowe, jakby szczebelki z drewna, nie strzecha.

Stary sposób krycia dachów
Z handlu wracając, z jednej z chałup kobieta przed nami ze słojem wybiega, kłania się nam ładnie, z uśmiechem, szybkim krokiem na ławeczkę zmierza po drugiej stronie gościńca. Tam już Szymon na środku siedząc, cieszy się, darowane pestki z dyni łupie, rozmawia, dokazuje z kobietami. A i słój dla niego, w środku mętny, prawdziwy sok brzozowy. Jeszcze rozmowy zdań kilka. Kobieta, która Szymona obdarowywała teraz jest na emeryturze, zadowolona, bo u nich wcześniej. A nauczycielka języka białoruskiego była, mąż jej na kolei pracował. I tak im mija życie, mówiła, szczęśliwa, żeśmy do nich przyszli, porozmawiali.

W gościnie
Po pół godzinie płynięcia stanęliśmy na obiad. Na wysokiej skarpie stała solidna, drewniana ława i siedziska z oparciami wydłubane z drewnianych kloców. Wygodnie było, apetyt był i dwie flaszki pękły do sała Błażejowego, zawiniętego w gazetę z 88 roku.

Co tu duzo mówic… sało i dyrektorska
Już płynąć ciężej było, na dryfie wszyscy skubali pestki i w ciszy rzeki, popołudnia czekaliśmy, aż miejsce noclegu, wieś Lenin, sama się przybliży.

Oj ciężko się płynęlo.. aż motorek zawarczeć musiał…

Spotykani wędkarze sugerowali zbliżanie się do celu. I faktycznie, na szeroko rozlanej rzece ukazał się most, który wyglądał, jakby za chwilę miał się zawalić. O dziwo śmigające tylko po nim samochody wydawały dźwięki gromów, burzy, a drewniane przęsła, jak stały tak stały dalej.
Powolutku wyciągnąłem kajak na brzeg i poszedłem w stronę nieodległej wioski. Z Szymkiem i Agnieszką chodziliśmy jeszcze za wyszywanką. Babcia radowała się nas widząc, owszem, pokazywała pięknie haftowany krzyżykiem obrazy, w tym uosobienie Białorusi, ale do sprzedania nic nie miała. Wszystko oddała córce. Ewę tylko cukierkami poczęstowała, ja oglądałem z zachwytem podcienie domu. Tym samym już wszyscy o nas wiedzieli, już rozmowy, znajomości były pozawierane, wstępny grunt przygotowany, grupki w których stali kajakarze znały imiona, zawody, rodzinne sekrety, osób z którymi rozmawiały. To tego siostra, a to tego kum, ona klnie po polsku i śpiewa, syn jednego dobry, w mieście, inny pije, ten był w specnazie i bić się chce, i tak do późnego wieczora, zakrycia magazynu.

Dom stojący na ul. 17 września w Leninie!
Stałem z Fiedią, człowiekiem około 60, rozmawialiśmy o różnych rzeczach, i o polityce. Choć ograniczałem się do słuchania. Wygłosił mowę o Łukaszence, wyraźnie z niego zadowolony, zresztą, tak jak wszyscy. Mówił „on nie uczonyj, on umnyj”, on bez ojca się wychował i dlatego jest twardy, on pracował od kołchozu i dlatego doszedł tak wysoko, stopień po stopniu i wam by go dać na pół roku i on by porządek zrobił w Polsce. Aż żona po Fiedię przyjechała rowerem, pokrzyczała i przykazała, że spać będzie pod drzwiami. Pytał czy o nim nie zapomnę, mówił, że mnie „uważa” ale musi iść. Dałem mu na pamiątkę 5 zł, nic innego z Polski nie miałem. I tak do rozkładania namiotu zagnała mnie noc, a Fiodora kobieta.