Odkąd prawdziwa zima przyszła przynosząc śnieg i mrozy zamarzył mi się spływ. Taki mały, krótki, bym nie zmarzł zbytnio, a popatrzyła na rzekę w innej krasie. Tym bardziej, że jak dotąd nie miałem okazji pływać zimową porą. I udało się, chociaż spóźniłem się jednym dniem, bo poprzedniego pogoda nadawała się wybornie. Lutowe, niskie słońce przeświecało przez oszronione gałęzie drzew, a niebo niemalże odbijało się w skrzącym śniegu. Dzisiejszy dzień nie był już tak piękny, mimo to nie mogłem sobie odmówić. Wyciągnąłem kolegę, który nie przestraszył się mimo małego doświadczenia i siostrę, zmęczoną po całonocnej pracy, do tego psa. Drużyna iście wyborna.

Zsunąłem kajak na Wieprz ze skarpy w Kijanach. Stary szklany San niczym bobslej utorował rynnę w kopnym śniegu. Dwie pary rękawiczek, wiosła, termos z uszlachetnianą herbatą i można ruszać. Wody więcej niż zwykle, nurt ostry, rzeka czysta, bez zwalonych drzew. Tylko na brzegach bobrowe zwałki, gałęzie, które do tej pory sterczały ponad poziomem wody, teraz oblewane. Już po chwili robi się znacznie cieplej, ręce które odzwyczaiły się od wiosłowania dają się odczuć, ale to przyjemne zmęczenie. Wiatru nie doznaje się w głębokiej dolinie Wieprza, czasami tylko bije po twarzy drobny śnieg. Jest trudniej bez kilu i steru płynąć pod prąd, nosi nas nurt, szczególnie w meandrach rzeki, gdzie zwężają się brzegi. W takich miejscach nieporadnie płyniemy od jednego do drugiego.

Szarości, beże, trzcina w kolorach ochry bujana na wietrze przypomina mi śnieżycę, jaka złapała mnie na Prypeci. Biel stromych brzegów, które porastają krzewy, olchy i topole, tu i ówdzie zwalany kikut z ogryzioną korą wprowadzają urozmaicenia, pod czapami śniegu wiszące sople. Nawisy śnieżne przybrane ciemnym, pochmurnym niebem mówią, że wszystko jeszcze śpi. Żywa rzeka Wieprz płynie nieustannie, nasz czerwony kajak wzbudza lęk ptaszków chowających się miedzy korzeniami drzew. Co rusz stado kaczek wzbije się w powietrze i zaraz ląduje trochę dalej od nas. Gdzieś ponad wszystkim kołuje kruk, czy może jakiś łowny, duży ptak wypatrujący zdobyczy. Małe zakola zamarźnięte ustępują pod naporem dziobu, kruszy się kra, trzeszcząc, odpływa.

Anka idąca wzdłuż brzegu z psem, w Nowogrodzie, bliskim celu pływania, wsadza mi go do kajaka. Niech się przyucza – mówi. Mam obiekcje, pies jest tak strachliwy, mimo wszystko siedzi spokojnie i ma zadatki na stałego członka kilkudniowych spływów. To dobrze. Wraca się znacznie szybciej, woda sama niesie i już wiosłowanie jest zbędne. Spokojnie pijemy herbatę, obserwujemy, ja usadawiam wiercącego się psa, który traci z oczu swoja panią. Bałem się o niego bardziej niż o jakiegokolwiek człowieka, z którym miałem przyjemność wiosłować.
Już po wszystkim zmarzłem. Myślę o kolejnym pływaniu, plan to „Wiosenne roztopy” w marcu. Rzeki: Włodawka i Ucherka, dopływy Bugu.
