Tag Archive for 'Wisła'

Zimowy Picnic

Po Świętach Bożego Narodzenia miałem okazję popłynąć Wisłą do Modlina z grupą kajakarzy z KiM i Habaziów. W sobotni poranek na przystani klubu Rejsy w Porcie Czerniakowskim stawiło się 14 osób.

fot. Marek Mazur

Pogoda była bardzo dobra jak na tę porę roku – temperatura tylko nieznacznie poniżej zera, brak wiatru i lodowych zjawisk na rzece. Stan wody w Wiśle był średni, dzięki czemu 40 kilometrowa trasa została pokonana w krótkim czasie. Zmierzona prędkość całej grupy wyniosła ponad 9km/h.

Dzięki uprzejmości Piotra z Nurtu, miałem okazję przetestować turystyczny model kajaka Picnic produkowany przez Point65.

Kadłub

Picnic ma 450 cm długości, co przy ponad pięciometrowych morskich kajakach pozostałych uczestników z góry skazywało mnie na więcej wiosłowania. W rzeczywistości prędkość kajaka i moja skromna osoba pozwalały utrzymywać się wśród zdecydowanie szybszych łódek. Oczywiście przyśpieszenie było znacznie mniejsze niż typowo morskich kajaków, ale trzeba pamiętać, że Picnic jest przeznaczony do krótkich, jednodniowych spływów. Kształt kadłuba – wysoki w przedniej części daje dużo miejsca na nogi. Za podnóżkiem zmieści się 20 litrowy worek. Wysoki dziób powinien dobrze sobie radzić na wzburzonej wodzie, ale nie miałem okazji tego sprawdzić, bo Wisła była wyjątkowo spokojna.

Kokpit ma takie same wymiary jak inne morskie kajaki Pointa, zatem nie ma problemu z założeniem zwykłego fartucha turystycznego. Jednak ponieważ kokpit ma owalny kształt, bez zwężenia z przodu to miałem spore problemy z używaniem neoprenowego fartucha górskiego z wzmocnioną kewlarową krawędzią.

Rufa kajaka jest znacznie obniżony w stosunku do dziobu.  Wyraźnie widać tę różnicę na zdjęciu z boku.

Za plecami jest komora bagażowa zamykana gumowym deklem. Byłem rozczarowany jej wymiarami, bo po włożeniu rzeczy na zmianę nie pozostało dużo miejsca. Przez to, że tył kajaka jest niski, to włożenie zapakowanej torby 40l jest bardzo trudne. Musiałem wyjąć rzeczy z torby, żeby później po jej włożeniu do luku pojedynczo zapakować. Tylny pokład jest prawie płaski, co w połączeniu z małą wysokością może być problemem na falującym akwenie. Woda będzie przelewać się po rufie. Uważam że podane w specyfikacji  dopuszczalne obciążenie (155kg) jest absolutnie za duże.

Picnic jest dostępny w dwóch wersjach polietylenu – jednowarstwowej (na takiej płynąłem), oraz 3 warstwowej. Wtedy wnętrze ma inny kolor. Plastik sprawiał dobre wrażenie, nie uginał się i nie było widać śladów zużycia.

Wyposażenie

Na pokładzie znajdowały się parciane uchwyty wykończone gumą. Przed kokpitem jest obszerna koperta z gumowej linki. Za kokpitem podobne rozwiązanie, które może służyć też jako uchwyt na wiosło.

Picnic miał instalację sterową, co było dla mnie największą atrakcją na tym spływie. Muszę przyznać, że przez kilkanaście lat, po raz pierwszy miałem okazję pływać kajakiem ze sterem. Urządzenie działa bardzo dobrze pomimo zamarzającej wody. Kilkukrotnie go podnosiłem i opuszczałem za pomocą linki z plastikowym zaciskiem na wysokości kokpitu (zacisk zamarzł na sam koniec, ale nie było problemu z opuszczaniem steru). Kajak szybko reagował na ruchy sterem i nie czułem żadnego oporu w jego działaniu. Ze względu na przyzwyczajenie, po testach podniosłem go do góry.

Siodełko nie przypadło mi do gustu. Było wykonane z termoplastycznego plastiku, bez żadnego miękkiego wykończenia. Przez 4,5 godziny dało się wysiedzieć, ale przy dłuższej trasie powoduje dyskomfort. Z drugiej strony szerokie oparcie przykręcone na sztywnym plastiku było dosyć wygodne, choć i tu można by poprawić komfort. Całkowicie brakowało mi uchwytów na uda, ale w tego typu kajakach adresowanych do masowego odbiorcy są one rzadkością.

Na wodzie

Picnic jest przyjemny w pływaniu. Szybko reaguje na ruchy wiosłem i jest zwrotny. Zabawa sterem pozwalała na ostry slalom. Z pewnością więcej radości miałbym płynąc nim po meandrującej rzeczce niż po otwartym akwenie. Kajak ma płaskie dno, przez co jest bardzo stabilny. Próbowałem robić przechyły przy skręcie, ale ciężko mi było przechylić go głębiej. Kajak dobrze trzyma kierunek.

Podsumowanie

Picnic jest kajakiem dobrym dla początkujących i średnio zaawansowanych kajakarzy, którzy pływają po różnych akwenach. Dobrze będzie sobie radził na krętej rzece, jeziorze, czy morzu, ale tylko przy spływach krótkich, bez dużej ilości bagażu. Wyposażenie tego kajaka jest dobre biorąc pod uwagę cenę, ale można by poprawić elementy wpływające na komfort. Porównując go do kajaka produkowanego przez Prijona o podobnym przeznaczeniu – Cruisera 430, można powiedzieć, że Picnicowi bliżej do rasowych kajaków morskich. Kształt kadłuba, ster, olinowanie, szczelny luk pozwala na wypłynięcie nawet przy gorszych warunkach. To co natomiast podoba mi się w Cruiserze to większa pojemność luków i wygoda siodełka, chociaż Cruiser jest zdecydowanie bardziej rekreacyjnym kajakiem niż Picnic.

Wisła dziurawa


Chciałem już wczoraj opisać krótki spływ Wisłą, który zrobiliśmy w sobotę, ale naprawa silnika blogów zajęła mi trochę czasu (o zepsutych nerwach nie wspominając).

Ładna jesienna pogoda zachęcała, żeby w weekend pomoczyć wiosło jeszcze przed nadejściem mrozów. Burza mózgów w piątek nad tym gdzie pojechać nie pozostawiła wątpliwości – Wisła. Nad jej zaletami nie będę się rozwodził, kto pływał ten wie ;-) . Kwestią sporną był tylko wybór odcinka. Ja chciałem płynąć z Warszawy do Modlina, Piotrek odwrotnie: Świdrem i Wisłą do stolicy. Ostatecznie dałem się przekonać do tego pomysłu, tylko po to żeby zobaczyć ujście Świdra w jesiennych kolorach i poznać kilka ostatnich kilometrów tej rzeki.

Piątek zakończył się wrzuceniem kilku niezbędnych rzeczy do worka i sprawdzeniu pociągów do stacji Świder.

Sobotni poranek nie zachęcał do pływania, co więcej, samo wstanie z łóżka było trudne. Jednak czego się nie robi dla kajaków, szczególnie po podjęciu decyzji o spływie. Nie było odwrotu. Nad rzekę dojechaliśmy przed 11 zielonym pociągiem KM za śmieszne kilka złotych. Od stacji nad rzekę doszliśmy piechotą kilkaset metrów.

Na brzegu obok mostu kolejowego zrzuciliśmy sprzęt i poszliśmy szybko ocenić poziom wody na pobliskim bystrzu, które od trzech lat stało się miejscem szkolenia Habaziów. Nie obyło się bez rozmowy “co by było gdyby…” i jakim to wtedy świetnym miejscem do freestajlu byłoby to bystrze. Chwilę po rozmowie popędzany przez Piotrka zabrałem się za składanie kajaka.

Po kilku spływach mam już wprawę w składaniu wręg i podłużnic, ale zawsze zachwyca mnie precyzja  wykonania tego kajaka,  z pewnością starszego ode mnie :-)

Teraz, gdy wszytko zostało przygotowane do zejścia na wodę i rozpoczęcia najprzyjemniejszej części spływu, spotkało nas coś na co nie byliśmy najlepiej przygotowani. Kajak stanął na wodzie, ale po kilkunastu sekundach strużka wody rozeszła się pod listewkami podłogi. Po kilkuset kilometrach przepłyniętych Klepperem byliśmy przyzwyczajeni do cieknącej podłogi, ale nigdy nie pojawiała się tak szybko i w takim tempie. Trzeba działać – wyjmujemy kajak na brzeg i szukamy przyczyny – jest!, dziura o średnicy małego palca na samym dnie. Chwila zastanowienia, co robić, szczególnie że w perspektywie mamy ponad 20 km na Wiśle. Ja idę do najbliższego sklepu po taśmy, kleje, cokolwiek. Piotrek zostaje na miejscu i korzysta z tego co ma pod ręką. W sklepie oczywiście nic nie ma, ale na pobliskiej budowie dostaje trochę izolacji.

Gdy wracam, świeżo upieczony magister inżynier mówi, że zatkał dziurę kawałkiem karimaty :-) . Płyniemy!

Wody jest wystarczająco, aby nurtem przepłynąć bez wysiadania. To było obawą przed wyborem tego odcinka, ponieważ w czerwcu trzeba było ciągnąć kajak. Przy temperaturze październikowej nie wchodziło to w grę.

Na początku najbardziej interesowała nas wytrzymałość prowizorycznej naprawy kajaka.

Dlatego uroki rzeki zeszły na drugi plan. Moją uwagę zwrócił zimorodek, przelatując w charakterystyczny sposób wzdłuż rzeki. Na tle jesiennej szarości jego niebieski kolor wydawał się jeszcze bardziej nienaturalny. Po kilkuset metrach, trafiliśmy na duże zwalone drzewo na całej szerokości rzeki. Idealnie nadawało się na “rympał”, ale ze względu na poszycie, musieliśmy wysiąść i przenieść kajak.

Świder na tym odcinku płynie wśród gęsto zalesionych brzegów. Oprócz jednego drzewa, małego progu pod mostem drogowym (obniesiony) i krzaków, pod którymi spłynęliśmy tyłem (akurat wtedy zdjęcia robiłem i nie było rąk do wioseł) to nie było przeszkód. Wszystkie pozostałe można było ominąć.

Przed ujściem Świdra zaraz za mostem drogowym widzimy ślady aktywności bobrów.

Po około godzinie płynięcia na Świdrze dopływamy do Wisły. Zatrzymujemy się na chwilę odpoczynku i naprawę zatkanej dziury. Wodę, która się zebrała wylewamy dobrych kilka minut.

Niebo jest zachmurzone, ale nie pada i nie ma wiatru. Wiemy jak trudno może być w szerokiej dolinie kiedy wieje, więc teraz nie narzekamy.

Na Wiśle szybko płyniemy obok licznych wysepek i po pół godzinie mijamy ujście Jeziorki po lewej. W międzyczasie nad głowami przelatuje kilka małych awionetek, na których prowadzone są szkolenia pilotów. Wyraźnie odróżnia się od nich Antek, majestatycznie lecący powoli na południe.

W końcu dopływamy do mojego ulubionego miejsca przed Warszawą – Rezerwatu Wysp Zawadowskich. Tutaj nurt Wisły przeciska się między wysepkami i wystającymi konarami drzew, które mija się z dużą prędkością. Na brzegach wysp widać było ślady którędy bobry schodzą do wody. Ponieważ z reguły są dosyć strome, to śmiesznie musi wyglądać taki bóbr zjeżdżający do wody :-) . W zeszłym roku w okolicy Puław widziałem jak jeden wystraszony naszą obecnością uciekał z zalesionej łachy. Tuż za wyspami zacumowana jest pogłębiarka, która dwa lata temu napędziła nam sporo strachu, gdy w ostatniej chwili zauważyliśmy ją płynąc późnym wieczorem. Tym razem zrobiliśmy tylko pamiątkowe zdjęcie i popłynęliśmy w stronę Siekierek.

Dalej nie trafiliśmy już na nic szczególnego. Przed mostem Siekierkowskim kilka łódek z wędkarzami stało na kotwicach. W nurcie pod mostem stała barka z rusztowaniem, a wisząca przeprawa była malowana (ciekawe czemu tak szybko po budowie).

Dalej przepłynęliśmy obok Grubej Kaśki i chociaż nie powinno się podpływać za blisko, to dobrze zrobiliśmy, bo zaraz za nią cumował spulchniacz Chudy Wojtek (ale czułe te nazwy ;-) ) którego pływające platformy rurociągu przegradzały zewnętrzne zakole rzeki.

Przy wejściu do Portu Czerniakowskiego holownik prowadził 9 niedużych jachtów wielkości Omegi. Gdy wpływał do portu trafił na mieliznę i tworząc spore fale przepychał się po płytkiej wodzie. Spływ zakończyliśmy na wysokości Cytadeli. Tu na wygodnym betonowym nabrzeżu spakowaliśmy sprzęt i autobusem 118 wróciliśmy z sobotniego pływania.

Teraz jeszcze tylko trzeba naprawić dziurawe poszycie i może jeszcze ujrzy on wodę w tym roku. Dlatego na półkę go nie odkładam.

ps. Widząc piękną pogodę w niedzielę byłem zły, że nie trafiliśmy na taką dzień wcześniej, ale nie żałuję, bo trasa jest bardzo ciekawa. Polecam ją wszystkim pływającym pod Warszawą.