Składakiem przez świat

Blog Jarka Frąckiewicza i Celiny Mróz

Pogoda w Ałtaju

14 października 2008 · Brak komentarzy · Bez kategorii

Udało się nam trafić na dobrą pogodę, choć mieliśmy sposobność doświadczyć, czym ryzykowaliśmy wybierając się do Ałtaju nieco przedwcześnie. Ruszyliśmy na wyprawę w połowie maja. I choć w Artybaszu nad Jeziorem Eleckim znaleźliśmy się po trzech dobach podróży to i tak pośpieszyliśmy się nieco. Teraz wiem, że i 20 maja w tym kraju nie jest jeszcze najlepszym terminem do rozpoczynania wędrówek kajakowych. W maju spływają śniegi z gór; najpierw z niższych partii a później, kiedy słońce dobrze przygrzeje, ruszają lody ze szczytów. Wyższy stan wód w maju jest czymś normalnym, choć nie wykluczone są powodzie. Powodzi baliśmy się najbardziej i na ten temat staraliśmy się znaleźć najświeższe informacje. Dowiedzieliśmy się z ulgą, że powodzie nam nie zagrażają. Nie wywoływały w nas paniki wiadomości, że jeszcze nie jest ciepło. Na chłodne dni zabraliśmy ze sobą właściwe ubranie, kurki i buty, przygotowując się niczym na zimowe spływy Brdą czy Wdą.. To były dobre posunięcia, bez ciepłych rzeczy zamarzlibyśmy na amen. Jezioro Teleckie przywitało nas dobrą pogodą, choć czuło się chłody ustępującej z nizin zimy. Natomiast widoczne w oddali białe szczyty gór upewniały nas, że zima trzyma się jeszcze dobrze. Pierwszy obiecujący dzień na jeziorze był jakby pułapką, bo gdy tylko wpłynęliśmy w jego przestrzenie, pogoda zepsuła się całkowicie. Zaczęło padać, zrobiło się zimno. Cały następny dzień spędziliśmy w namiocie, pocieszając się, że może wreszcie przestanie padać. Przestało na tyle, że mogliśmy wrócić z powrotem do Artybasza ale po to tylko, aby znowu dzień chronić się w namiocie przed deszczem. Robiło się mokro i zimno. Wchodziliśmy na rzekę z nadzieją, że może będzie lepiej na Biji .Na nic nasze nadzieje. Gdy tylko zaczęliśmy poznawać pierwsze progi na rzece, dobrze zmoczeni zaskakująco wysokimi falami, znaleźliśmy się pod gradobiciem. Grad był gruby, gęsty, pędzony silnym wiatrem, bił nas po twarzach, oślepiał. Po prostu wymiótł nas z rzeki . W pośpiechu wyskoczyliśmy na brzeg aby jak najszybciej postawić namiot, przebierać się i bez zwłoki ruszyć po drzewo do lasu. Po prostu walka o życie. Gradobicie ustało a my już mogliśmy krzepić się herbatą, dogrzewać się przy trzaskającym ognisku. Wiedzieliśmy już, że łatwo przy takiej pogodzie nam nie będzie. Stopniowo wszystko stawało się wilgotne, chłód wdzierał się pod zimowe kurtki z którymi nie rozstawaliśmy się w dzień i w nocy. Ognisko - jedyny ratunek i podstawa wszystkiego na Syberii. Kto nie ma wprawy, u kogo ręka nie nawykła do siekiery, niech na Syberie się nie wybiera. Za późno na naukę, gdy deszcz, zimno, głodno a jedyny ratunek przy ognisku. Myśmy tę sztukę opanowali dawno. Ale i tak, perspektywa paru tygodni na wodzie przy niepogodzie nie budziła już w nas entuzjazmu. Jednakże szczęście zaczęło się do nas uśmiechać. Z każdym dniem było coraz cieplej. Po pierwszych chłodnych i deszczowych dniach na Biji, następne były coraz cieplejsze aż – niewiarygodne – trafiliśmy na falę upałów . Teraz musieliśmy uważać, aby nie spalić się pod słońcem. W takiej wspaniałej pogodzie dopłynęliśmy do samego Barnaułu. Jeżeli mielibyśmy komuś doradzać, kiedy najlepiej wyruszać do Ałtaju to powiedziałbym, że tam lato jest gorące i krótkie, trafi się na dobrą pogodę wybierając się na wodę w czerwcu i lipcu. Gdy z góry grzeje, wręcz pali z wszystkim można sobie poradzić

Tagi:

0 komentarzy ↓

  • Na razie nie ma komentarzy, napisz coś!

Napisz komentarz