Składakiem przez świat

Blog Jarka Frąckiewicza i Celiny Mróz

Spotkania na trasie

17 października 2008 · Brak komentarzy · Bez kategorii

Wyjeżdżam do Rosji bardzo chętnie, nie bacząc zupełnie na marudną i kosztowną niestety, procedurę załatwiania formalności wizowych. Gdy jednak mam już to z głowy, wyjazd do Rosji (na Syberię) jest kolejną zapowiedzią niebywałych przygód. Dotyczą one zawsze przyrody i zdarzeń rodzą się podczas spotkań z Rosjanami. Najogólniej mówiąc, stosunek Rosjan do nas jest bardziej przyjazny i życzliwszy, aniżeli gotowi jesteśmy to przyjąć u samych początków rozmowy. Żywe zainteresowanie nami i wyrażana od razu serdeczność, była dla mnie tym bardziej czymś zaskakującym, że nie raz obserwowałem jak rodacy z lekko wyczuwalną ostrożnością i pewnym dystansem rozpoczynali spotkania z Rosjanami. W każdym razie, my podczas przypadkowych przecież spotkań, czerpaliśmy pełnymi garściami wszystko, co się dało, ciesząc się rozmową, stołem, jednym słowem starając się niczego nie zgubić z tego co się wśród nas, rodziło. Fakt, trzeba znać choćby w byle jakim ale zawsze w jakimś stopniu rosyjski, no bo jak inaczej. Nasze języki są podobne tylko na tyle, aby wyrazić się dało jakąś prostą sprawę dnia codziennego: kupić i ile to kosztuje. Nie ujedziesz daleko z językiem dającym się zawrzeć we frazie „ja lublju tebia i twaju masziny”. Okazji do spotkań mieliśmy dużo, często sami szukaliśmy ich. Świadomie wybraliśmy „plackartnyj” wagon do Barnaułu, można powiedzieć, wagon sypialny bez przedziałów, bo zależało nam na kontaktach z Rosjanami. W takim wagonie chcesz czy nie chcesz w ciągu dwóch dób podróży, człowiek zaczyna czuć się, jakby był w rodzinie. Rozmowy, wspólne posiłki, wypita małośt’ w radosnej komitywie, to przecież najprawdziwszy klimat Rosji w podroży. To trzeba rozumieć i lubić. Na wodzie, widząc że kontaktów robi się mało, zaczynaliśmy się za nimi rozglądać. Przykład z wielu. W przedostatnim dniu spływania Obem znaleźliśmy się niespodziewanie w opałach. Na Obie jest tak, że z rzeki nie widać wsi, czy osady. Prowiantu zaczyna brakować, więc trzymając się z mapy dopływamy do brzegu, na którym gdzieś ta osada ukrywa się. Podchodzimy do pierwszej napotkanej osoby i pytamy, gdzie jest ta najbliższa osada. Gdy rozmówca nasz dowiedział się, że jesteśmy Polakami, nasze zakupy odchodzą na dalszy plan. Zaczyna się poczęstunek, podczas którego staje się oczywiste, że się dobrze znamy, rozumiemy się wyśmienicie, życie jest piękne i w zasadzie czemu mamy przedwcześnie rozstawać się? Motywowani jednak siłą woli siadamy do kajaka, mając jeszcze zamiar znalezienia tej nieuchwytnej wioski ze sklepikiem. Ale znowu, gdy wyszliśmy na brzeg, nieopatrznie dopytujemy się o drogę i wszystko zaczyna się od nowa. Tyle było w nas rozsądku, że siadając ponownie do kajaka byliśmy zgodni co do tego, że zrobimy najlepiej, jeżeli prosto popłyniemy na biwak, poprzestając na jakiejś cienkiej kolacyjce. Nie było inaczej, gdy to nie my, a Rosjanie przychodzili do nas. Już nie wymienię całego szeregu barwnych i ciekawych spotkań towarzyskich na brzegu rzeki, do których nieodwołalnie dochodziło, gdy pakowaliśmy do kajaka tylko co zakupioną żywność. W toku rozmów rodziły się prześmieszne anegdoty, które tylko nakręcony przez Wiesia film może odtworzyć. Ja poprzestanę na przygodzie, która przytrafiła się nam podczas pierwszego biwaku nad jeziorem. Stanęliśmy w ścisłym rezerwacie, było ładnie choć jak na biwak trochę za dziko - drzewa, krzaki, trawy jakieś liściaste… wolnej przestrzeni tylko na samym skraju, u brzegu. Pech chciał, że wracał do siebie pod wieczór strażnik rezerwatu. Nie kryliśmy się, więc nas zauważył. Wyłączył silnik, no i zaczęło się. Na wiosłach podpłynęli do brzegu, był z żoną. ”Potuszycie niemiedlenno ogoń” usłyszałem, a potem gorzko wypowiedziane uwagi, że tak w rezerwacie zachowywać się nie można. Próbujemy z lekka coś tam wyjaśnić, ale i tak wychodzi jakoś, że to strażnik przed nami jakby tłumaczy się ze swego postępowania. On szczerze nie chce nas zmuszać do opuszczenia rezerwatu, robi to z niechęcią, jakby wstydzi się tego. Proponuje nam miejsce u siebie w domku letniskowym. Nam też robi się przykro. Zasmuceni, że źle czuje się strażnik, obiecujemy natychmiastowe zejście na wodę i przebazowanie się na drugiej stronie jeziora, gdzie stawiać namioty wolno. Żegnając się obiecujemy, że w drodze powrotnej zostaniemy u niego na biwaku. Po dwóch dniach walki z deszczem i chłodem, wygłodzeni należycie, pod wieczór dobijamy do łąki strażnika. Już nie pamiętam jak było, zapewne bez rozglądania się, zabraliśmy się za stawianie namiotu. W czasie tej roboty znalazł się nasz strażnik. Zaraz po powitaniu znikł i pojawił się ponownie z wielkim garem barszczu. Wersalu żadnego nie było, jedno nasze dziękuję starczyło, rozumieliśmy się dobrze. Potem smażenie ryby. I gdy najedliśmy się i wróciliśmy po trudach wiosłowania do siebie, zaszliśmy do jego mieszkania w którym mogliśmy do woli ze sobą porozmawiać. Przy herbacie, patrząc na Wiaczesława, cieszyłem się, że spotkaliśmy prawdziwego, typowego rosyjskiego człowieka, nawet jego pociągła twarz miała coś z ikony. Rzecz jasna, nie nam roztrząsać o osobliwościach rosyjskiej duszy. Nam wystarczy to, co wiemy, a daje się to sprowadzić do przekonania, że pływanie w Rosji w Syberii bez spotkań z żyjącymi tam ludźmi nie miałoby sensu. J.F.

Tagi:

0 komentarzy ↓

  • Na razie nie ma komentarzy, napisz coś!

Napisz komentarz